„Fizyka i poezja nie znoszą próżni”. Rozmowa z prof. Piotrem Bojarskim

fot. mat. promocyjne

Piotr Bojarski to nie tylko profesor nauk fizycznych, wykładowca Uniwersytetu Gdańskiego, członek Rady Naukowej NCN, członek Rady Uniwersytetu Gdańskiego, autor i współautor ponad 140 prac naukowych - ale również poeta, którego wiersze ukazały się nakładem Wydawnictwa Uniwersytetu Gdańskiego w tomiku pt. „Notatnik z niepamięci”. Czym jest dla niego pisanie? Jak wspomina dzieciństwo spędzone w zamku w Malborku? I jakie były początki jego przyjaźni z prof. Ryszardem Horodeckim?

Urszula Abucewicz: - Wisława Szymborska napisała wiersz o liczbie Pi, choć sama nie była matematyczką. Zastanawiam się, jaki wzór albo jakie zjawisko fizyczne mogłoby stać się bohaterem poezji fizyka.

- Nie potrafię jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie, bo to temat na wiele wierszy.

Nie mam jednego symbolu ani magicznej liczby, które byłyby dla mnie rodzajem życiowego szyfru. Myślę, że takich symboli jest wiele.

Aby liczba, wzór, pojęcie czy zjawisko fizyczne stały się materią poetycką, muszą spotkać się z twórczą inwencją i odpowiednim momentem - czymś, co wywoła refleksję i pozwoli nadać im nowe znaczenie. Pod tym względem liczba Pi jest niezwykle ciekawa.

Mnie bliższe byłyby tu jednak chyba pewne kategorie wynikające czy to z mojego wykształcenia, czy z pragmatyki zawodowej. Choć w jednym z wierszy z nieukończonego jeszcze tomiku odnoszę się do liczb zespolonych, które mają część rzeczywistą i urojoną. Właśnie na tym podziale opiera się konstrukcja utworu.  

Został on napisany z perspektywy miejsca, które nie istnieje - Nekropolis. Wyraża tęsknotę za spotkaniem z ludźmi, którzy już nie są dla nas dostępni. Część tych relacji pozostaje w sferze realnej, a część urojonej. Więcej nie mogę powiedzieć, bo musiałbym opowiedzieć cały wiersz.

To właściwie rodzaj listu. Zresztą część nowego tomiku, o ile się zdecyduję na wydanie, będzie miała formę listów-wierszy. Nie wiem jeszcze, ile będzie w nim konotacji fizycznych.

- Wydaje się, że fizyka mogłaby być źródłem wielu poetyckich inspiracji.

- I rzeczywiście może być. Fizyka to kopalnia tematów, tak w jej klasycznych, jak i tych bardzo nowoczesnych odsłonach, jak choćby teoria informacji kwantowej. Niełatwo jednak o niej pisać w sposób poetycki. Fizyka operuje ścisłymi pojęciami i metodologią ukierunkowaną na opis biegnących procesów czy zjawisk. Dla mnie to póki co trochę taki hamulec, kiedy mam pisać wiersz, posiłkując się doświadczeniem fizyka. Myślenie poetyckie to zupełnie co innego. Pociągają mnie luźne paralele i gra słów, ale to za mało dla mnie, aby stworzyć wiersz. Potrzebny jest mi przede wszystkim pomysł na to, co chcę napisać. Konstrukcja wiersza i metaforyka pojawiają się u mnie naturalnie, intuicyjnie i nawet nie potrafię zrozumieć, jak to się dzieje. Całościowo chyba nie sposób się tego nauczyć, ale to też jest dla mnie źródłem radości. Moim marzeniem jest jednak, aby w wierszach pojawiało się trochę więcej humoru, ironii. Fizyka w poezji nie daje mi spokoju, ale póki co nie sięgam do niej za często. Piszę więcej o międzyludzkich relacjach, sprawach egzystencjalnych i podziwiam szczególnie tych poetów, którzy potrafią do tego rodzaju utworów wplatać nieco lekkości, humor czy ironię. Szymborska, o której Pani wspomniała, pozostaje dla mnie pod tym względem jednym z niedościgłych wzorów. Najbliższa mojemu sercu jest natomiast od dłuższego czasu poezja Ewy Lipskiej.

fot. mat. prasowe

- Czy pisanie jest dla Pana formą oswajania przemijania?

- Tak, choć nie do końca. Z jednej strony jest próbą oswajania przemijania i godzenia się z nim, ale z drugiej… jest też formą buntu. Myślę, że ten bunt jest konieczny. Pozwala mimo świadomości upływu czasu i zmian, jakie we mnie i w moim otoczeniu zachodzą, odnajdywać w sobie siłę do działania wynikającą też z doświadczeń przeszłości i przekonywać się, jak wiele jeszcze jestem w stanie zrobić.

Pisząc, w pewien sposób udowadniam sobie, że wyobraźnia wciąż jeszcze działa. Takie podejście bliskie mi jest też w innych sferach życia. Suma doświadczeń zdobywanych z wiekiem może prowadzić do powstania czegoś unikalnego, może nie zawsze wybitnego, ale wyrażającego pełniej własną postawę wobec życia i świata. Dlatego w moim podejściu do przemijania jest wiele pogodzenia się z losem, ale i trochę niezgody. Poza tym to na szczęście nie jest jedyny motyw w mojej poezji.

- W wierszu „Niepamięć” pisze Pan: „Tyle o nas w pamięci, ile waży nasz cień po zachodzie słońca”.

- To jest fraza, która rzeczywiście mówi o pewnej nieuchronności przemijania. Zręby tego wiersza napisałem wiele lat temu podczas wizyty w Pompejach, które są dla mnie symbolem nagle gasnącego życia i jego ulotności, dotykającej nagle całe zbiorowości. To doświadczenie trudne do zaakceptowania, a jednocześnie nieuniknione i z różnych powodów wcale nie takie rzadkie. Co więc po nas zostaje nie tylko w sensie zbiorowym, ale przede wszystkim jednostkowo? Niewiele. Ślady. Zdjęcia. Wszystko to z wiekiem staje się coraz bardziej anonimowe. Czasem wiersze, muzyka, dzieła sztuki, odkrycia naukowe, dobre albo złe uczynki, zachowane w pamięci innych ludzi. I choć te wspomnienia również są ulotne, potrafią przedłużyć tę naszą fragmentaryczną egzystencję o kolejne lata. Warto zostawiać swojemu kawałkowi świata dobre, choć ulotne ślady po sobie.

- Myślę o Pana śladach, a raczej pierwszych krokach, które Pan stawiał. W jednym z wierszy pisał Pan o małym chłopcu w Muzeum Morskim, który samotnie pędził przez sale, wdychał zapach wosku i drewna. Wtedy ten mały chłopiec jeszcze wielu rzeczy nie wiedział, a co dziś dorosły mężczyzna już wie?

- Tak. Dzieciństwo spędziłem najpierw w Narodowym Muzeum Morskim, a później, już jako nastolatek, w Muzeum Zamkowym w Malborku. Co dzisiaj już wiem? Że warto zachować rozbudzoną w dzieciństwie ciekawość świata, choć konfrontacja doświadczenia życiowego i dziecinnych wyobrażeń bywa bolesna.

Dziecko nie rozumie jeszcze wielu rzeczy, ale nieprawdopodobnie chłonie wszystko, co dzieje się wokół, i z tych doświadczeń wyrasta później dojrzały człowiek. Miałem to szczęście, by dorastać w bardzo dobrym domu. Z jednej strony ojciec fizyk, który reprezentował racjonalne spojrzenie na świat i kształcił mój umysł w sposób przyczynowo-skutkowy, pokazując mi piękno przedmiotów ścisłych, z drugiej - obracałem się w świecie humanistów, w środowisku ludzi kultury, sztuki i muzealnictwa, czyli środowisku mojej mamy.

Na ulicy Szerokiej, w siedzibie Muzeum Morskiego, mogłem zaglądać do miejsc niedostępnych dla zwiedzających. Obserwowałem ludzi pracujących przy modelach statków, słuchałem ich opowieści, oglądałem artefakty, podpatrywałem ich pasję. Mechanizm żurawia był i pewnie pozostał sercem tego miejsca, i to przy nim spędzałem najwięcej dobrego czasu. Dla dziecka takiego jak ja było to niezwykłe doświadczenie.

Podobnie było później w zamku w Malborku. Oprowadzał mnie po nim pan Maciej Kilarski - legenda muzeum, człowiek wielu talentów: architekt, rysownik, fotograf. Muzeum zawdzięcza mu wiele, choćby w kwestii rekonstrukcji powojennych zniszczeń. Przy tym był człowiekiem niezwykle ciepłym, mądrym, z ogromnym poczuciem humoru.

Kiedyś chciałem zejść do studni umiejscowionej w centrum zamku. „Przecież tam nic ciekawego nie ma, ale jak chcesz, to da się to sprawdzić” - usłyszałem. Innym razem zaciekawiła mnie wieża zamknięta dla zwiedzających. Kilka dni później machał do mnie z jej okna. Była w tym odrobina cudnego szaleństwa, a przy okazji miałem możliwość poznawania różnego rodzaju ciekawostek. Mając takie doświadczenia, nie potrafiłem wyobrazić sobie siebie wyłącznie jako technokraty. I choć miałem talent do przedmiotów ścisłych i brałem udział w wielu konkursach, to wciąż nie dawała o sobie zapomnieć ta bardziej subtelna strona natury.

To były trochę inne czasy. Podkreślano rolę specjalizacji w jednej dziedzinie, jeśli ktoś był dobry na przykład w fizyce, to raczej oczekiwano, że nie będzie sobie zawracać głowy innymi sprawami. Wyczuwałem też znacznie mniej zrozumienia dla tego, że człowiek potrzebuje zróżnicowanych bodźców i powinien rozwijać różne sfery swojego życia.

To nie tak, że zabraniano mi pisania wierszy w domu, wprost przeciwnie. Grałem w studenckich teatrzykach, brałem udział w konkursach czytelniczych i recytatorskich, i to z powodzeniem. Ale już na studiach miałem jakieś obawy, że moja aktywność poetycka nie będzie dobrze odebrana w późniejszej pracy i w jakiś sposób zahamuje to mój rozwój w zakresie przedmiotów ścisłych. To podejście nie miało sensu, jak pokazał czas. Ale jednak pisałem właściwie do szuflady. Trochę publikowałem też pod zmienionym nazwiskiem. 

- Pamięta Pan swoje początki? Kiedy zaczął Pan pisać?

- Jeszcze w szkole średniej. I muszę przyznać, że były to raczej słabe albo bardzo słabe wiersze. Pisałem klasyczne, rytmiczne i rymowane wierszyki o sprawach, które najbardziej zajmują nastolatków, czyli emocjach, miłości i rozczarowaniach, w sposób patetyczny.  

Dziś wiem, że nie ma co wstydzić się tych młodzieńczych prób, chociaż część z nich uroczyście spaliłem. To był kolejny przejaw mojej niedojrzałości, bo nie powinno się tego wypierać. Po 20 czy 30 latach takie teksty mogą stać się zresztą źródłem wspaniałej inspiracji, ale i ciekawego spojrzenia wstecz. Nie tylko nadają się do jakiegoś przetworzenia, ale czasem można z nich ocalić po prostu pojedyncze frazy czy obrazy. W wydanym tomiku zawarłem też kilka dość wczesnych, ale znacznie lepiej przygotowanych wierszy. 

Pamiętam, że jako dwudziestoletni chłopak wysłałem kilka wierszy do znakomitego poety Tadeusza Nowaka. Otrzymałem od niego odpowiedź: wspaniałą, bo szczerą. Napisał, że wprawdzie ich nie opublikuje, ale dostrzega w nich potencjał. Szczególnie utkwiły mi w pamięci dwa zdania: „To są zapiski do dobrych wierszy. To jest zaczyn. Proszę popracować”. To była bardzo cenna lekcja, bo dokładnie tak było, za tekstami kryły się emocje i nienajgorsze niekiedy pomysły, ale bardzo mocno brakowało jeszcze warsztatu.

Później, około 1987 roku, pojawiały się proste, ale coraz lepsze próby i kilka z nich pojawiło się celowo w wydanym tomiku. Czasem udawało mi się coś opublikować pod innym nazwiskiem. Kiedyś pokazałem pewnemu redaktorowi kilka wierszy. Opublikował je bez żadnych pytań. Jeden przemknął nawet z moim nazwiskiem. Nie powiem, gdzie. Nie było to nic szczególnego. Zwykły, prosty wiersz, tyle że nieźle skonstruowany.

Moja relacja z poezją nigdy nie była stała. Czasem znikała na lata, czasem wracała niespodziewanie. Trochę pisałem, trochę się frustrowałem, ale zawsze do tego wracałem.

- Fizyka natomiast była stale obecna w Pana życiu.

- Fizyka jest związana z moją pracą zawodową, więc musi być stała. Nauka, jak to się mówi, jest wymagającą kochanką. Tak samo jak poezja. Nie znoszą próżni.

Nauka wymaga systematyczności, planowania i codziennej pracy. Brak długoterminowego planowania i systematyczności prędzej czy później odbije się na działalności naukowej. Poezja też wymaga pracy, ale innego rodzaju. Dużo czytałem i nagle otwierały się klapki w głowie, choć nie zawsze byłem zdolny do pisania. Nawet dzisiaj, gdy napiszę coś, co uważam za dobre, pojawia się prawie od razu lęk, że to już koniec, że to był ostatni raz. A jednak po różnych kryzysach i momentach zwątpienia przychodzą chwile, kiedy słowa właściwie układają się w formę wiersza.

Poezja w moim życiu przypomina fale - odchodzi i przychodzi. W nauce nie można pozwolić sobie na zbyt długie przerwy. To codzienna praca, która wymaga dyscypliny.

fot. mat. prasowe

- W pewnym momencie obok fizyki i poezji pojawiło się także zarządzanie. Jak odnaleźć się w tych trzech różnych światach?

- Zajmowanie się tym wszystkim naraz jest trudne i wymaga wielu poświęceń, planowania i wyrozumiałej rodziny. Zdolność do godzenia tych wszystkich obszarów zmniejsza się też z upływem czasu. Trzeba umieć dzielić czas, być niezwykle zdyscyplinowanym, komunikatywnym i przede wszystkim pracować ze wspaniałym zespołem ludzi. Miałem to szczęście.

Co do zarządzania, to nie miałem szczególnego pragnienia piastowania tych wszystkich stanowisk. To się po prostu zdarzało. Funkcję prodziekana ds. studenckich objąłem z rekomendacji ówczesnego dziekana prof. Adama Majewskiego, który był dla mnie autorytetem i wprowadzał mnie w tajniki zarządzania uczelnią. Nie aspirowałem też do znacznie bardziej odpowiedzialnego i trudniejszego stanowiska dziekana, ale gdy na wydziale pojawiła się konieczność myślenia o inwestycjach - kilka osób przekonało mnie, że powinienem kandydować. Miałem już wtedy od kilku lat tytuł naukowy, jakąś potrzebę nowych wyzwań i elementarną wiedzę o tym, jak działa wydział. Nie w pełni świadom tego, co mnie czeka, wystartowałem i te wybory wygrałem, choć miałem dobrego i doświadczonego konkurenta. Człowieka, którego zresztą darzę szacunkiem i sympatią. Wynik wyborów przyjął z wielką klasą.

Gdybym wcześniej nie został prodziekanem, nie sprawdził się w tej roli i nie miał potrzeby zrobienia czegoś dla środowiska, prawdopodobnie nigdy nie zostałbym dziekanem. Dziś, już na innych frontach, raz wychodzi to lepiej, raz gorzej, ale na ogół nieźle. Ciągle muszę się czegoś w tej sferze uczyć i to na szczęście, gdyż czystej rutyny chyba bym zbyt długo nie wytrzymał.

To dziwne, ale ta część mojej kariery była w dużej mierze nieplanowana. Wynikała raczej ze splotu okoliczności, różnych czasem impulsywnych decyzji i spotkań z takimi a nie innymi ludźmi. Nie żałuję decyzji związanych z podejmowaniem się tego typu pracy, bo mam świadomość, że to ważne dla mojego środowiska.

- Czy w zarządzaniu w nauce bardziej liczą się procedury, czy umiejętność rozmowy z ludźmi?

- Procedur trzeba po prostu przestrzegać, ale to naskórek zarządzania. Nigdy nie uważałem się za wybitnego organizatora. Może jestem w tym dość dobry, ale na uczelni spotykałem ludzi, którzy planują lepiej, myślą bardziej strategicznie i mają większe zdolności zarządcze i przywódcze. Jeśli miałbym wskazać swoją mocną stronę, byłaby nią ponadprzeciętna umiejętność rozmowy z ludźmi, dobrej jakości komunikacja.

Zawsze starałem się słuchać. Często już po kilku minutach rozmowy można było wyczuć, że ktoś przyszedł nie tylko z problemem administracyjnym czy zawodowym, ale również z bagażem osobistego kryzysu czy trudną sytuacją zawodową.

Mam dosyć dobre wyczucie do ludzi i niewiele było mi trzeba, żeby ocenić, czy sprawa jest poważna. W takich momentach najważniejsze było poświęcenie uwagi i okazanie szacunku. Nawet jeśli nie dało się rozwiązać problemu zgodnie z oczekiwaniami rozmówcy, trzeba było go zawsze wysłuchać i potraktować poważnie.

- Czy empatia pomaga w zarządzaniu?

- Myślę, że jest niezbędna. Oczywiście nie wystarczy sama życzliwość. Potrzebne są również odpowiedzialność, konsekwencja i umiejętność podejmowania trudnych decyzji. Bez empatii trudno jednak zbudować dobrze funkcjonującą wspólnotę akademicką.

Dzisiaj bardzo wiele mówi się o empatii, nie tylko w kontekście psychologii i relacji międzyludzkich, ale także tworzenia dobrych miejsc pracy i warunków do studiowania. Na Uniwersytecie wiele się w tej kwestii przez lata zmieniło i wciąż zmienia na lepsze.

Mam jednak wrażenie, że często o różnych problemach dowiadujemy się zbyt późno. Często doświadczałem takich sytuacji, że ktoś przychodził po pomoc dopiero wtedy, gdy sytuacja stała się podbramkowa, na przykład przekroczone zostały jakieś terminy albo problem urósł w wyniku wcześniejszego zaniechania zgłoszenia. Oczywiście starałem i staram się w miarę możliwości wspierać takie osoby, ale później i tak to one muszą podjąć własne decyzje.

To zresztą chyba najtrudniejszy moment - kiedy w wyniku jakiejś ważnej decyzji, porażki, zmiany, człowiek musi się na nowo odnaleźć. Wiele zależy wtedy od tego, czy spotka na swojej drodze właściwych ludzi.

- A Pan spotkał taką osobę?

Było i jest ich wiele. Jedną z takich osób poza rodziną i bliskimi był na uczelni prof. Ryszard Horodecki - jeden z pierwszych czytelników i opiniodawców moich wierszy. Łączą nas bardzo dobre, serdeczne relacje, ośmielę się nawet powiedzieć: przyjazne.

Jego uwagi są nadzwyczaj życzliwe, ale zawsze potrafi dostrzec coś, co można zrobić lepiej: „To słowo jest zbędne”, „Ja napisałbym to inaczej”, „Pomyśl, jak można powiedzieć to prościej, bez nadmiaru konceptów”. Takie szczere komentarze są niezwykle cenne, bo człowiek bardzo łatwo traci dystans do własnych wierszy.

Ponieważ prof. Horodecki sam pisze i publikuje, a także znał osobiście Zbigniewa Herberta i wielu innych poetów, twórców, więc nasze rozmowy często wykraczają daleko poza samą fizykę.

- Jak zaczęła się ta wyjątkowa relacja?

- Pamiętam, że na trzecim roku studiów przeżywałem potężny kryzys osobisty, z którym zupełnie sobie nie radziłem. Zacząłem mieć trudności z nauką, choć zawsze byłem studentem ambitnym i pilnym. Studiowałem indywidualnym tokiem, ale nie wszystko przychodziło mi łatwo. Nie byłem też studentem, który dostawał wtedy wyłącznie piątki, bywało naprawdę ciężko.

Do Ryszarda Horodeckiego - wówczas adiunkta, naukowca jeszcze szerzej nieznanego, bo długo przed opublikowaniem przez niego przełomowej pracy o splątaniu kwantowym - trafiłem na prowadzone przez niego zajęcia z mechaniki kwantowej.

Budynek wydziału był wtedy w częściowym remoncie, więc zajęcia odbywały się w spartańskich warunkach w wydziałowym barku. Na roku były dwie grupy studenckie z mechaniki kwantowej - do jednej zapisało się 28 osób, do drugiej, tej prowadzonej przez wówczas doktora Ryszarda Horodeckiego - raptem trzy. Wśród nich byłem ja. Chciałem sprawdzić, czy naprawdę nadaję się na te studia, czy sobie poradzę. Nie chciałem też podążać za większością tylko dlatego, że tak było łatwiej.

Prof. Horodecki miał ogromną intuicję. Wyczuł we mnie inną duszę. Ale to wcale nie oznacza, że mi folgował. Wręcz przeciwnie. Wymagał ode mnie bardzo dużo. Z trzydziestu godzin zajęć z mechaniki kwantowej w tej grupie to ja ponad dwadzieścia godzin spędziłem przy tablicy. Napisałem zresztą dawno temu o tym dedykowany mu wiersz, który może przy jakiejś okazji gdzieś się ukaże.

Wielokrotnie zastanawiałem się, czy dam sobie radę, ale w trudnych momentach to, co mówił, rozjaśniało świat, bo na zajęciach odwoływał się nie tylko do fizyki, ale też do filozofii czy literatury. Pamiętam też nasze rozmowy o poezji Zbigniewa Herberta, którego twórczością się fascynowałem.

Wiedziałem już wtedy, że mam do czynienia z człowiekiem niezwykłym - kimś, kto nie zamyka się w granicach jednej dyscypliny. I od tamtego czasu ten kontakt rozwijał się do dziś.

Pamiętam też wiele zdań z tamtych zajęć. Kiedyś prof. Horodecki, wywołując studentów do tablicy, powiedział: „Zobaczymy, kto będzie wśród śpiewających psalmy, a kto wśród zgrzytających zębami”. Wstałem i powiedziałem, że „będę śpiewał te psalmy”, i tak zaczęły się te godziny przy tablicy, podczas których byłem systematycznie szlifowany.

Najważniejsze nie było jednak to, że nauczył mnie podstaw mechaniki kwantowej. Największą jego zasługą było przywrócenie mi wiary we własne możliwości. Okazał się doskonałym psychologiem, który tak bardzo naturalnie pomógł mi się odblokować.

- Czy prof. Horodecki wiedział, że Pan też pisze wiersze?

- Nie ujawniłem się przed nim przez długi czas. Po wielu latach dowiedział się, że piszę wiersze, i wtedy zaczął uważnie je czytać. Zachęcał mnie, mówił: „To jest dobra poezja. Niektóre rzeczy są lepsze, inne słabsze, ale całościowo jest naprawdę dobrze”.

Po prostu mu uwierzyłem, choć wciąż czuję, że stać mnie na więcej i że ten tomik, mimo że oparty o wiersze z różnych okresów mojego życia, ukazał się trochę za wcześnie. Trochę jeszcze chciałbym tam pozmieniać. Ale też rozumiem, że w pewnym momencie trzeba zaniechać tego poprawiania.

fot. mat. prasowe

- Co powiedziałby Pan dziś młodym ludziom?

- Z perspektywy człowieka, który już młody nie jest, ale wciąż czuje się młody duchem i z w miarę niezmąconym umysłem, powiedziałbym, żeby przede wszystkim starali żyć w zgodzie ze sobą.

Wielu młodych twórców marzy dziś mniej czy bardziej o sukcesie komercyjnym. Moim zdaniem to niepotrzebne, złudne, nie tylko z uwagi na nikłą szansę przebicia się w tym zalewie różnego rodzaju lepszej i gorszej twórczości. A nawet jeśli się to uda, to po takim sukcesie okupionym kompromisami z własnymi przekonaniami często przychodzi pustka i rozczarowanie. Nie warto rozmieniać się na drobne. Lepiej pozostać wiernym sobie i tworzyć w zgodzie ze sobą. I może nawet uda się wtedy stać przy okazji jakąś rozpoznawalną postacią na własnych warunkach. Niech to będzie przyjemna niespodzianka, jeśli już.

Co jeszcze? Nikt z nas nie jest w stanie pojąć holistycznie świata, dlatego potrzeba wiele pokory, uważności i gotowości do uczenia się od ludzi o bardzo różnych doświadczeniach i umiejętnościach.

To akurat w życiu nie musi się zmieniać. Ja, na przykład, jako członek Rady Narodowego Centrum Nauki, współpracuję z wybitnymi przedstawicielami wielu dyscyplin naukowych w kraju. To niezwykle rozwijające doświadczenie - słuchać ludzi, którzy patrzą na świat z zupełnie różnych perspektyw. Staram się korzystać z tego wyjątkowego towarzystwa i dowiedzieć jak najwięcej o sprawach, na których się nie znam. To wiąże się z zachowaniem otwartości, przyznawaniem do własnej niewiedzy i zaufaniem do autorytetów, które w dzisiejszych czasach jest niestety systematycznie podważane.

- Odnoszę wrażenie, że pisanie wierszy jest dla Pana formą autoterapii. Słyszałam, że ma Pan jeszcze inne pasje.

- Mam liczne zainteresowania. Od ponad 20 lat warzę piwo i od pewnego czasu cydr, jestem niezłym kucharzem, lubię robić przyjaciołom takie drobne kulinarne prezenty. Bardzo ważny jest dla mnie intensywny ruch w różnych formach na świeżym powietrzu. Staram się, by ograniczenia związane z upływem lat postępowały jak najwolniej. Kiedyś grałem w piłkę nożną, dziś już nie, ale chodzę wciąż po górach, gdy tylko jest okazja, grywam w ping-ponga. Lubię też szachy. Uwielbiam muzykę w jej różnych odsłonach, często spotkać mnie można na rozmaitych koncertach. Pisanie wierszy jest dużo bardziej wymagające niż na przykład stosowanie odpowiednich receptur warzenia, lecz to wszystko, o czym wspomniałem - i jeszcze wiele więcej - jest mi potrzebne do życia.

Pisanie wymaga splotu kilku czynników. Musi być wena, temat i czysta głowa. Czy pisanie wierszy jest dla mnie formą autoterapii? Rzeczywiście zawsze mi pomagało, więc to też pewnie jakaś motywacja do pisania. Głównie, choć nie tylko dla siebie.

- Jak Pan się czuje po oficjalnym debiucie?

- Raczej dobrze. Doświadczenie to przyniosło wiele pozytywnych emocji, jakiegoś uwolnienia. Choć przecież piszę od bardzo dawna. Przez lata przyjaciele spoza i z uczelni zachęcali mnie do oficjalnej publikacji wierszy, ale długo nie byłem na to gotowy. Także piękne rozmowy z moją wydziałową młodzieżą w końcu sprawiły, że postanowiłem się ujawnić. W pewnym momencie przestałem się po prostu już zastanawiać. Pomyślałem: „Najwyżej ktoś to skrytykuje. Może nie wszystko będzie udane, ale trzeba to zrobić”.

Najtrudniejsze było dojrzewanie do tej decyzji. Potem wszystko potoczyło się już samo. Niezwykle wspierała mnie dyrektor naszego wydawnictwa, dr Joanna Kamień, która wcześniej czytała moje wiersze i wyrażała się o nich bardzo pochlebnie. Byłem tym wręcz zawstydzony, bo wydawało mi się, że nie są aż tak dobre. Bardzo ważną wspierającą i organizacyjną rolę odegrała prof. Aneta Oniszczuk. Pomagali mi też pracownicy biblioteki, przede wszystkim jej dyrektor prof. Arnold Kłonczyński. Wokół tego tomiku pojawiło się w ogóle wiele życzliwości i pomocy - ze strony artystów ze Studia Wokalnego czy Chóru UG, ludzi kultury, studentów i przyjaciół z różnych środowisk. Na takim pierwszym spotkaniu autorskim, czyli łączonej wystawie malarstwa prof. Anety Oniszczuk i mojej poezji, pięknie wystąpiło właśnie Studio Wokalne UG. Wspierały mnie osoby stąd, z Trójmiasta, ale także przyjaciele z Warszawy. Świetny pianista Tomek Krezymon i sopranistka liryczna Kim Ae Ran przyjechali specjalnie z Uniwersytetu Muzycznego Fryderyka Chopina na wieczorek autorski i zagrali koncert. To wszystko było dla mnie niezwykłym doświadczeniem. Najbardziej poruszył mnie chyba właśnie ten ludzki wymiar całej historii.

- Czyli jednak potrafi Pan przyjmować „gambit miłych słów”?

- To chyba nieuniknione. Wszyscy wynosimy z domu pewne wzorce i sposoby reagowania. Uczymy się określonych systemów wartości, kodów kulturowych i później próbujemy według nich żyć, choć rzeczywistość stale się zmienia.

Odrzucanie komplementów często wynika z nieufności czy ostrożności wobec ludzi. Ja mam trochę inną naturę. Choć staram się być ostrożny i raczej nie jestem naiwny, to jest we mnie spory kredyt zaufania do innych. Jeden ze znakomitych profesorów żartował kiedyś, że „dobry uczynek należy natychmiast ukarać”. Ale przecież tak próbujemy stać się lepszymi ludźmi, że okazujemy innym życzliwość i zaufanie. Nawet jeśli okazujemy się naiwni i tylko w jednym przypadku na dziesięć trafimy na właściwą osobę, taka relacja później okazuje się często prawdziwą perełką.

Urszula Abucewicz/CKiP; fot. Milena Szabat/Wydawnictwo UG