„Nie prosiliśmy o pozwolenie”. Rozmowa z Paulą Meehan

fot. CASID UG

Paula Meehan to jedna z najważniejszych współczesnych irlandzkich poetek. Dlaczego mówi o sobie, że jest dzieckiem Donogha O'Malleya, irlandzkiego ministra, który odmienił los jej pokolenia? Jak zaczęła się jej fascynacja Emily Dickinson? I z czego wyrasta jej poezja? Z poetką rozmawiają Urszula Abucewicz oraz Patrycja Zielke.

Patrycja Zielke: - Pani poezja, choć mocno zakorzeniona w mitologicznych i irlandzkich kontekstach, ma niezwykle uniwersalny charakter. Jest jak muzyka. Przenika ją czułość i uważność, dzięki czemu wielu czytelników odnajduje w niej cząstkę własnego doświadczenia.

Paula Meehan: - Wielokrotnie, czytając lub słuchając wierszy innych autorów, odnajdywałam w nich coś bliskiego, nawet jeśli nie znałam języka, w którym zostały napisane, albo rozumiałam jedynie część ich znaczeń. Dzięki temu odkryłam, że potrafię utożsamiać się z poezją powstającą w różnych kulturach i epokach - od starożytnych utworów po wiersze pisane dziś w odległych częściach świata.

Sadzę, że twórczość większości poetów wyrasta z trzech źródeł. Pierwszym jest osobista wizja świata - wewnętrzne przeżycia, emocje i sny. Związek między snem a wierszem jest dla mnie nierozerwalny, ponieważ oba opierają się na obrazach, skojarzeniach i niejednoznaczności. W obu obecny jest także element tajemnicy.

Drugim źródłem inspiracji jest rodzina. Niezależnie od miejsca i czasu większość z nas odnajdzie coś bliskiego w opowieściach o matce, ojcu, dziadkach czy dzieciach, ponieważ są to doświadczenia wspólne dla nas wszystkich lub większości z nas jako istot ludzkich. Trzecim ważnym tematem, a zarazem centralnym motywem mojej twórczości, jest społeczność – rozumiana szerzej niż sama rodzina. To właśnie te trzy filary od początku kształtują mój sposób pisania.

Urszula Abucewicz: - W wierszu „The Exact Moment I Became a Poet” [„Chwila, w której stałam się poetką”] przywołuje Pani słowa nauczycielki, która powiedziała, że skończycie w szwalni. Zastanawiam się, z czego wyrasta Pani poezja?

Myślę, że wielu poetów nie ma łatwych relacji z władzą. Poezja często rodzi się z potrzeby kwestionowania tego, co narzucone i usankcjonowane przez rządzących. Wierzę, że przeznaczeniem poezji jest oddawanie głosu tym, którzy nie mogą mówić we własnym imieniu.

Wywodzę się z klasy robotniczej. W wierszu, o który pani pyta, chciałam uchwycić przełomowy moment z dzieciństwa - chwilę, w której uświadomiłam sobie, że język może uciszać ludzi, odbierać im poczucie własnej wartości i dumę z własnego pochodzenia. Wtedy dotarło do mnie również, że język może też działać w odwrotny sposób. Potrafi dodawać odwagi, podnosić na duchu i przywracać ludziom głos.

Pamiętam moment, kiedy panna Shannon powiedziała do nas: „Uczcie się pilnie, dziewczęta, albo zapamiętajcie sobie, skończycie w szwalniach”. W klasie zapadła cisza. Wszyscy odczuli ciężar tych słów, ponieważ matki i siostry wielu z tych dziewcząt zarabiały na życie w fabrykach odzieżowych. Podobnie jak moja ciotka i moje trzy młodsze siostry. Później dostały się na dobre praktyki, zdobyły kwalifikacje, założyły własne firmy i mogły prowadzić spełnione życie.

Tamtego dnia słowa nauczycielki o ciężkiej pracy kobiet walczących o byt i utrzymanie ich rodzin były umniejszające i poniżające. To właśnie słowo „skończycie” odzierało z godności ich pracę. Wtedy po raz pierwszy zrozumiałam, że język ma ogromną moc - może odbierać ludziom godność, ale może też ją przywracać.

fot. CASID UG

U.A.: - Czy ma Pani poczucie, że udało się Pani oszukać swoje przeznaczenie i uniknąć losu swojej ciotki i innych kobiet ze swojego środowiska?

- Jako pierwsza w rodzinie poszłam do szkoły średniej i kontynuowałam naukę. Byłam też pierwszą osobą w mojej społeczności, która uzyskała dyplom uczelni wyższej. W moim środowisku możliwość studiowania była czymś naprawdę niespotykanym. Dla porównania, dzisiaj ok. 65-70 proc. absolwentów irlandzkich szkół średnich podejmuje studia.

Nazywamy siebie dziećmi O'Malleya, ponieważ właśnie temu wizjonerskiemu ministrowi edukacji zawdzięczamy dostęp do bezpłatnej nauki. Kiedy obejmował tekę ministra i zapowiedział zniesienie opłat we wszystkich szkołach średnich, miał usłyszeć: „Nie stać nas na to. Jesteśmy młodym państwem. Nie mamy na to pieniędzy”, ale polityk był nieugięty. Nie ustąpił i doprowadził reformę do końca.  

Dziewczyny z mojego środowiska najczęściej trafiały do fabryki albo pracowały jako pomoce domowe. Jeśli były ambitne i miały większe aspiracje, mogły co najwyżej zostać stenotypistkami. Dzięki O'Malleyowi mogłam zdobyć wykształcenie średnie, sama decydować o swoim życiu i pisać wiersze. Miałam ogromne szczęście.

P.Z.: - Myślę, że to nie była tylko kwestia szczęścia. Jestem przekonana, że to była też wytrwałość i ciężka praca.

U.A.: - Słyszałam, że bardzo wcześnie nauczyła się Pani czytać i pisać. 

- Mój dziadek nauczył mnie czytać i pisać, zanim jeszcze poszłam do szkoły. Miałam wtedy pięć lat. Kiedy więc trafiłam do systemu szkolnego, miałam już solidne podstawy i nie czułam się całkowicie zależna od nauczycieli.

Nauka czytania i pisania to jedno. Inną kwestią jest to, że szkoła przekazuje również określone wyobrażenia o władzy, jej strukturze i „właściwym” sposobie zachowania. W tamtym czasie szkoła miała przede wszystkim przygotować dziewczęta do roli dobrych i bogobojnych matek, a nie przekonać, że one również mogą wykonywać sensowną pracę i współtworzyć przyszłość swojego kraju.

U.A.: - Pani dziadek był Pani pierwszym przewodnikiem po świecie słów i języka. Często podkreśla Pani jego rolę w swoim rozwoju i twórczości, ale mam wrażenie, że pomija Pani rolę matki. Dlaczego?

- Nie, nie pomijam jej roli. Miała bardzo ciężkie życie, a była niezwykłą kobietą. Nie mam wątpliwości, że gdyby żyła w innych czasach i okolicznościach, mogłaby w pełni rozwinąć swój talent.

Była również znakomitą rękodzielniczką. Haftowała, robiła na drutach. Szyła nam ubrania. Wtedy nie potrafiliśmy tego docenić. Wręcz przeciwnie - trochę się tego wstydziliśmy. Angażowała się w życie lokalnej społeczności i miała niezwykły talent organizacyjny. W latach 60. założyła klub piłkarski dla chłopców i organizowała wiele inicjatyw dla dzieci. Miała ogromny potencjał, ale depresja, ubóstwo i niekończąca się walka o byt okazały się wyniszczające. Zmarła, mając zaledwie 42 lata.

Znałam wiele kobiet, których życie wyglądało podobnie.

P.Z.: - Pamiętam Pani słowa z jednego z wywiadów, że „matka i babcia nie pozwalają Pani przestać pisać”. 

- To osobliwe uczucie, że one chcą przeze mnie przemawiać. A może jest to jedynie sposób, w jaki tłumaczę sobie własną potrzebę pisania?  

U.A. - Jedną z  pierwszych książek, którymi się Pani zafascynowała, był tomik poezji Emily Dickinson. Czy to właśnie doświadczenie ukształtowało Panią na lata?

- Część dzieciństwa spędziłam u dziadków, bo moi rodzice kilka lat pracowali w Londynie jako imigranci zarobkowi. A mnie (muszę przyznać, że z wielką radością) powierzyli opiece dziadków ze strony ojca. W ich domu nie było zbyt wielu książek. W regale stało raptem kilka tomów i wszystkie doskonale pamiętam. Były tam podręczniki do samodzielnej nauki księgowości, bo jeden z moich wujków uczył się księgowości na kursach korespondencyjnych. Mój dziadek, podobnie jak większość mężczyzn w naszej rodzinie, kochał konie i psy. Pracował na torze wyścigowym, dlatego w jego biblioteczce znalazły się pozycje o historii koni, ich budowie i rodowodach. Gdy tylko nauczyłam się czytać, przeczytałam je wszystkie.

Wśród tych kilku książek był też tomik poezji Emily Dickinson. Moja ciotka dostała go od korespondencyjnego przyjaciela z Ameryki, który przyjechał na pewien czas studiować do Irlandii. Przed wyjazdem podarował jej tę niezwykłą książkę. Pamiętam to uczucie, które towarzyszyło mi, gdy po raz pierwszy otworzyłam ten tomik. Patrzyłam na krótkie, czterowersowe strofy i miałam wrażenie, że są jak drobne klejnoty rozsypane na kartce. „Dlaczego jest tam tyle białej przestrzeni?” - zastanawiałam się, bo wszystkie inne książki, które znałam, były wypełnione zwartymi blokami tekstu.

Pomyśleć, że kilka lat temu, a także w tym roku, w programie przygotowującym do irlandzkiego egzaminu Leaving Certificate, wieńczącego naukę w szkole średniej, uczniowie mogli wybierać m.in. między poezją Emily Dickinson a moimi wierszami. Sam fakt, że moje utwory znalazły się obok Dickinson, był dla mnie niezwykle wzruszający. To ogromny zaszczyt.

fot. CASID UG

U.A.: - Opisuje Pani siebie jako strażniczkę pamięci. Czy taka jest, Pani zdaniem, rola poezji?

- Borys Pasternak powiedział kiedyś, że każde słowo nosi w sobie własne duchy, własne „widma” przeszłości. Słowa, których używamy, mają swoją historię, a ich znaczenie nieustannie się zmienia. Weźmy na przykład angielskie słowo nice. Gdy powiem: „You’ve got a nice coat” („Masz ładny płaszcz”), odbierzesz to jako komplement. Tymczasem dawniej nice znaczyło nieostrożny, głupi, nierozsądny czy bezmyślny. Wyraz ten wywodzi się z łacińskiego nescius, co dosłownie oznacza  „nieposiadający wiedzy, nieświadomy”. Pierwotnie miał więc znaczenie niemal przeciwne do tego, jakie ma dzisiaj.

W poezji chodzi między innymi o próbę ocalenia języka - o to, aby słowa znaczyły dokładnie to, co powinny znaczyć i aby chronić je przed nadużyciami. Poezja jest formą pamięci, a pamięć jest przecież związana z czasem. I to jest zupełnie niezależne od tego, czy do wiersza wnosi się pamięć osobistą, rodzinną czy wspólnotową.

Kiedy mówi się o historii Irlandii, często przedstawia się ją jako jedną, wspólną opowieść, a przecież istnieje wiele mikrohistorii - rodzin, sąsiedztw i społeczności, dlatego w swojej poezji przywołuję nie tylko własne wspomnienia, lecz także doświadczenia moich bliskich i mojego środowiska, ponieważ podważają oficjalną pamięć i rzucają na nią inne spojrzenie.

U.A.: - Skoro mówi Pani o sobie jako o „strażniczce pamięci”, zastanawiam się, czy czuje się Pani również „strażniczką rodu”, „strażniczką rodzinnej historii”?

- Nie czuję odpowiedzialności za cały ród. Czuję natomiast odpowiedzialność za fragmenty mojej własnej historii - historii rodziny i społeczności, z której pochodzę.

Nawet jeśli nie piszę wprost o rodowodzie czy dziedzictwie, odczuwam ogromną wdzięczność wobec swoich nauczycieli. Jednym z najważniejszych pozostaje dla mnie amerykański poeta Gary Snyder. Niedawno skończył 96 lat i nadal mieszka w Kalifornii. Jest buddystą, a jego eseje o ekologii znacznie wyprzedzały swoje czasy pod względem zrozumienia wzajemnych relacji między środowiskiem, zwierzętami i ludźmi. Wywarł na mnie ogromny wpływ i wciąż go wywiera.

W tradycji buddyjskiej niezwykle ważna jest ciągłość przekazu - to, od kogo otrzymuje się wiedzę, duchowe prowadzenie czy pewnego rodzaju symboliczne upoważnienie do kontynuowania tradycji. Nie chodzi o formalne „pozwolenie”, ale raczej o uznanie ciągłości nauczania i odpowiedzialności wobec tych, którzy byli wcześniej. Ponieważ jestem Irlandką i pochodzę z postkolonialnego społeczeństwa, zwłaszcza w kontekście języka, ta idea zawsze wydawała mi się skomplikowana. Dla poetów i artystów mojego pokolenia charakterystyczne było raczej to, że nie prosiliśmy o pozwolenie. Po prostu sami je sobie przyznaliśmy. Gdybyśmy o nie zapytali, najprawdopodobniej usłyszelibyśmy „nie”. Dlatego z dystansem podchodzę do samej idei rodowodu i tego, kto komu daje prawo do mówienia czy tworzenia, choć jednocześnie bardzo mnie to interesuje - pod warunkiem, że się tego nie romantyzuje.

W czasach przedkolonialnych na naszej wyspie obowiązywał system prawny zwany Brehon Law. Został spisany w średniowieczu, ale wywodził się ze znacznie starszej tradycji ustnej. Prawo to odzwierciedlało głębokie rozumienie relacji człowieka z naturą. Istniały nawet szczegółowe przepisy dotyczące pszczół. Jeśli ktoś ingerował w ul, ponosił konsekwencje. Jeśli jednak pszczoły bez powodu zaatakowały człowieka, ul niszczono. Było w tym poczucie współzależności, podobnie jak w podejściu do lasów i drzew, które traktowano jako dobro wspólne. Nie można było po prostu wejść do lasu i ściąć drzewa. Groziła za to kara. Zranienie drzewa traktowano niemal jak skrzywdzenie drugiego człowieka.

Kolonizacja Irlandii rozpoczęła się wraz z najazdem Normanów w XII wieku. Późniejsza angielska dominacja przez kolejne stulecia kształtowała nasze relacje z językiem, kulturą i pamięcią aż do odzyskania niepodległości nieco ponad sto lat temu. Dlatego moja relacja z tym, co poprzedza kolonialną historię Irlandii, wiąże się przede wszystkim z wiedzą o rdzennych społecznościach, które przetrwały jeszcze do XX wieku. Widzę w nich ślady tego, jak mogło wyglądać nasze życie przed kolonizacją.

Myślę, że dotyczy to nie tylko Irlandii, ale i całego świata. Mądrość i praktyki rdzennych społeczności mogą - i powinny - wpływać na sposób, w jaki postrzegamy dziś naszą  relację z Matką Ziemią, dlatego półżartem nazywam siebie „neo-Aborygenem”. Chciałabym, aby współczesna cywilizacja w większym stopniu uwzględniała ich światopogląd i wiedzę.

W Ekwadorze, kiedy kilka lat temu znowelizowano konstytucję, wpisano do niej Pachamamę (Matkę Ziemię), uznając jej prawa i potwierdzając, że nie można jej eksploatować kosztem zdrowia ludzi żyjących na jej terytorium. Dzięki temu osoby protestujące przeciwko kopalniom odkrywkowym czy szkodliwym praktykom wydobywczym zyskały konkretne narzędzia prawne. Czy są one wdrażane, to już zupełnie inna sprawa. Chciałabym jednak, aby podobne wartości zostały kiedyś zapisane w irlandzkiej konstytucji.

fot. CASID UG

P.Z.: - Motywacją dla niektórych Pani wierszy wydaje się być poszukiwanie wewnętrznych znaczeń słów. Jaką rolę odgrywa etymologia, czyli znaczenie słów i ich korzenie, w Pani twórczości?  

- Ponieważ piszę po angielsku - w języku ukształtowanym przez ekspansję imperialną - etymologia jest dla mnie wiedzą o historii potężnego języka imperialnego. Gdziekolwiek dotarło imperium brytyjskie, wchłaniało słowa i włączało je do swojego kanonu. Słowa zaczerpnięte z języka irlandzkiego, hindi czy innych języków podbitych ziem przenikały do angielskiego, nadając mu nowe znaczenia, niuanse i subtelności.

Podczas wykładu na Uniwersytecie Gdańskim mówiłam, że można sięgnąć do słownika łaciny i, chcąc brzmieć jak erudyta, powiedzieć perambulate [przechadzać się], ale można też otworzyć anglosaską część słownika i go for a walk [wybrać się na spacer]. Dzięki bogactwu języka angielskiego mamy więc do dyspozycji różne niuanse. Dlatego zawsze powtarzam, że to wspaniały język, a okropne imperium.

Wiele problemów odziedziczonych po imperium brytyjskim pozostaje nierozwiązanych. Sam język jest jednak niezwykle żywy i elastyczny - pełen ironii, napięć i subtelnych znaczeń. Znajomość etymologii może wydawać się zwrotem ku przeszłości. Wracamy do niej jednak po to, aby lepiej zrozumieć teraźniejszość i móc pójść dalej.

Wracając do Pasternaka, jeśli jako poeta zdołasz sprawić, aby wszystkie duchy kryjące się w słowach jednego wersu wybrzmiały harmonijnie, powstanie wers o niezwykłej sile.

Przed laty natknęłam się na zdanie: „I was petrified and ran” („Skamieniałem ze strachu i uciekłem”). Tyle że „to be petrified” oznacza dosłownie „skamienieć ze strachu” - zostać sparaliżowanym lękiem i znieruchomieć, jakby zamienić się w kamień. Nie można więc jednocześnie skamienieć i uciec. Pomyślmy o Biblii: „Ty jesteś Piotr [czyli Skała] i na tej Skale zbuduję mój Kościół” (Ewangelia św. Mateusza 16:18-19). Tak więc studiowanie etymologii pozwala dostrzec, jak wielką moc kryje w sobie język.

U.A.: - Siłę języka szczególnie dobrze widać podczas protestów ulicznych.

- Kiedy byłam młodą kobietą, antykoncepcja w Irlandii była nielegalna. Rozwody były nielegalne. Związki osób tej samej płci były nielegalne. Dziś to już przeszłość. W dużej mierze dlatego, że wyszłyśmy na ulice. Skandowałyśmy wtedy hasła: „Zabierzcie swoje różańce z naszych jajników” oraz „Ani Kościół, ani państwo - o naszym losie będą decydować kobiety”. Były okrzyki, przekleństwa i prowokacyjne hasła, bo właśnie o to chodziło - o działania wywrotowe, bezkompromisowe i podważające obowiązujący porządek.

U.A.: - Mówi się, że dzięki Pani poezji kobiety mają głos w Irlandii. W Polsce toczy się dyskusja o używaniu feminatywów.

- Czasami, choć rzadko, jestem nazywana poetess [tradycyjne angielskie określenie kobiety piszącej poezję, dziś często postrzegane jako przestarzałe lub podkreślające płeć autora - przyp. red.]. Jest to na swój sposób urocze, ale pochodzi z czasów, gdy termin ten zawierał w sobie podtekst omdlewania, pewnego rodzaju gorączkową nerwowość. Poetka/poetessa (a poetess) to zupełnie inny rejestr niż poeta (a poet) [neutralne pod względem płci określenie poety używane współcześnie również wobec kobiet - przyp. red.]. Najczęściej nazywana jestem poetą (a poet).

Podobnie jest w przypadku zawodu aktora. Aktorka (actress)? Tej formy prawie się nie używa. Większość osób grających w filmie czy występujących na deskach teatru pragnie być określana mianem actor - bez wskazywania na płeć. I tak też się dzieje w innych zawodach, bo przecież idea równości zakłada funkcjonowanie według tych samych zasad - jakbyśmy wszyscy grali na tym samym boisku, dlatego stosowanie feminatywów w angielskim jest obecnie naprawdę rzadkie.

P.Z.: - To ciekawe, bo w języku polskim obserwujemy odwrotny proces. Walczymy o żeńskie formy nazw zawodów.

- Myślę, że to zupełnie inna kwestia. Być może przede wszystkim językowa. Mówiłam o zbędnych żeńskich formach niektórych rzeczowników, takich jak poet - poetess czy actor - actress. W Irlandii przez wiele lat walczyliśmy o to, aby słowa „prawnik” czy „lekarz” nie były automatycznie kojarzone z mężczyznami. Dziś, jeśli nie znamy płci danej osoby, częściej mówimy „on lub ona”, „jego lub jej”. W przypadku osób niebinarnych, o ile wiemy, że tak jest, używamy zaimka „oni” (they/them).

Nie da się całkowicie uwolnić od głęboko zakorzenionych wyobrażeń o tym, które zawody „pasują” kobietom, a które mężczyznom. Choć uważam się za bardzo otwartą i liberalną osobę, pamiętam sytuację, gdy miał przyjechać do mnie arborysta, żeby usunąć uszkodzony konar drzewa. Byłam przekonana, że przyjedzie mężczyzna, a tymczasem pojawiła się sympatyczna młoda kobieta z ogromną, ciężką piłą łańcuchową. W tamtej chwili uświadomiłam sobie, jak wielką siłę mają nasze wyobrażenia i stereotypy.

Fascynujące jest to, jak wiele możemy dowiedzieć się o sobie, obserwując obrazy, które automatycznie pojawiają się w naszej głowie. Uświadamiamy sobie wtedy, jak silnie kultura wpływa na nasze uprzedzenia i jak łatwo - mimo najlepszych intencji - przypisujemy określonym zawodom czy rolom społecznym konkretną płeć.

fot. CASID UG

U.A. - Jest Pani feministką?

- Tak, cokolwiek rozumie się dziś pod tym określeniem.

Przez całe życie walczyłam o równouprawnienie, ale nigdy nie byłam separatystką. W naszych działaniach wielokrotnie wspierali nas mężczyźni - zarówno moi rówieśnicy, jak i przedstawiciele starszych pokoleń, a zwłaszcza młodsi mężczyźni, wychowani przez matki o feministycznych przekonaniach.

Kiedy dorastałam, kobieca solidarność we wspólnej walce była nieodzowna. Nigdy nie była to wyłącznie moja osobista sprawa. Ta walka jest częścią pięknej tradycji sięgającej wielu pokoleń wstecz. Nasze poprzedniczki walczyły o prawa pracownicze, równe wynagrodzenie i dostęp do edukacji. Jednym z ważnych symbolicznych wydarzeń ostatnich lat było nadanie nowemu mostowi na rzece Liffey w Dublinie imienia Rosie Hackett. Rosie była młodą robotnicą fabryczną, która współtworzyła Irlandzki Związek Zawodowy Kobiet i odegrała znaczącą rolę w walce o niepodległość. Mamy za sobą niezwykle szlachetną i naprawdę imponującą historię, której musimy sprostać.

To bardzo smutne, że żyjemy w czasach, gdy skrajnie konserwatywne partie zyskują na popularności, a prawa kobiet są ograniczane. Kobietom odmawia się prawa do edukacji, a w niektórych miejscach nawet do publicznego śpiewania. Czy potrafi Pani sobie wyobrazić, że nie wolno Pani śpiewać publicznie?

W Irlandii coraz wyraźniej dostrzegamy wzrost nastrojów faszystowskich. Widzimy, jak te ruchy się organizują i stopniowo zyskują siłę. Najbardziej przerażające jest jednak to, że próbują zawłaszczyć naszą flagę - symbol pokoju między zielonymi i pomarańczowymi, czyli między tradycją nacjonalistyczną a unionistyczną. Biel w irlandzkiej trójkolorowej fladze oznacza pokój.

U.A.: - Jak, Pani zdaniem, można odpowiedzieć na taki język i taką postawę?

- Artyści mają narzędzia, które pozwalają osłabiać mowę nienawiści. Pracują w szkołach i z lokalnymi społecznościami, z dziećmi, młodzieżą i seniorami, wykorzystując empatię i kreatywność jako sposób budowania porozumienia.

Wierzę, że sztuka odgrywa ogromną rolę w rozbrajaniu nienawistnych narracji, które próbują mówić nam, jak mamy żyć i kto powinien sprawować władzę.

Widzę artystów w działaniu i muszę powiedzieć, że jest to bardzo budujące, kiedy dzieci dzięki twórczości potrafią przeciwstawić się nienawiści, z którą być może spotykają się w domu. To właśnie daje mi wielką nadzieję na przyszłość.

Nadzieję daje mi również to, że kiedy nasi protofaszyści i faszyści startują w wyborach - lokalnych czy parlamentarnych -szerząc nienawiść, osiągają w wyborach bardzo słabe wyniki. Wyborcy na nich nie głosują.

U.A. - Porozmawiajmy o rzemiośle. Czy tworzenie wierszy wymaga dyscypliny? Czy czeka Pani na wenę?

- Nie ma weny. Są tylko terminy!

Kiedy otwieram kalendarz i widzę dwa lub trzy wolne dni, myślę, że mam ogromne szczęście, bo czas na poezję jest dziś prawdziwym luksusem. Niektóre wiersze przychodzą do mnie w autobusie. Każdy wiersz przychodzi do mnie w inny sposób.

Otrzymuję wiele zamówień na wiersze, choć wolę nazywać je po prostu „prośbami”. Czasem sąsiad prosi mnie o wiersz dla dziecka, innym razem muzeum zamawia tekst. I właśnie to sprawia mi największą radość, bo muzeum jest przecież miejscem dla przedmiotów ukochanych przez muzy. Taką właśnie etymologię ma to greckie słowo. Muzy są natomiast córkami Pamięci.

Współpracuję z różnymi grupami ludzi i często czerpię inspirację z ich doświadczeń.

Najcenniejsze wiersze przychodzą same. Nie da się ich ani wywołać, ani wymusić, a jednak te, które przychodzą same, okazują się najważniejsze. Nawet nie chcę wiedzieć, skąd się biorą. Są rzadkie i niezwykłe. Jestem za nie ogromnie wdzięczna.

To właśnie są wiersze natchnione, jeśli pamiętamy, że u źródeł słowa inspire leży znaczenie „tchnąć, natchnąć oddechem”. Bardzo podoba mi się ta etymologia.

U.A: - Czy potrafi Pani sobie wyobrazić inną ścieżkę kariery? Czy bycie poetką jest Pani przeznaczeniem?

- Kiedy byłam młoda, wykonywałam chyba każdy możliwy rodzaj pracy. Zbierałam oliwki i pomarańcze w Grecji, pracowałam w kawiarniach, barach i hotelach. Moją pierwszą „prawdziwą” pracą było organizowanie kursów czytania i pisania w śródmieściu Dublina. Mówię „prawdziwą” w tym sensie, że wykorzystywałam umiejętności, które rozwinęłam jako poetka, a nie tylko pracę własnych rąk. Bardzo lubię pracę fizyczną. Myślę, że mogłabym zostać ogrodnikiem lub botanikiem, bo szczególnie fascynują mnie dziko rosnące rośliny.

Kiedy byłam młodsza, zdarzały się chwile, w których nie chciałam być poetką. Patrzę dziś na młodych poetów w moim kraju i widzę, jak łatwo można ich zranić, bo często mówią rzeczy niewygodne i nie w porę albo angażują się w działania, które narażają ich na niebezpieczeństwo. Pamiętam te momenty, kiedy myślałam: „Nie dam już rady. Zaraz eksploduje mi głowa od natłoku tych wszystkich myśli”. A jednak nie potrafiłam się temu oprzeć. To było moje przeznaczenie.

Zabawne jest też to, że inni zaczynają mówić o człowieku „to ten poeta”, zanim on sam odważy się tak o sobie pomyśleć. Podchodzili więc do mnie i mówili: „Ach, to Ty jesteś tą poetką”, na długo zanim sama byłam gotowa tak o sobie pomyśleć. W pewnym sensie  ta tożsamość została mi nadana. W końcu przyszedł moment, kiedy powiedziałam sobie: „Dobrze, jestem poetką i i muszę sprostać odpowiedzialności, która się z tym wiąże”. To było moje przeznaczenie i postanowiłam je przyjąć.

Nieustannie powtarzam, że mam ogromne szczęście. Moje wiersze są publikowane, mam wsparcie czytelników, mogę utrzymywać się z poezji i żyć całkiem komfortowo. Ale choć nie spodziewam się, że pod mój dom podjadą opancerzone transportery, funkcjonariusze wyważą drzwi i wywiozą mnie do obozu pracy, myślę, że wszyscy poeci żyją tak, jakby coś takiego mogło się wydarzyć. To spuścizna XX wieku - tego, co Anna Achmatowa nazwała „strasznym stuleciem”. XX wiek - i, jak dotąd, również XXI - uczynił z bycia poetą zawód niezwykle niebezpieczny.

U.A.: - Często przywołuje Pani rosyjskich poetów. Czy bliska jest Pani twórczość polskich autorów?   

- Dzięki Seamusowi Heaneyowi poznałam twórczość Czesława Miłosza. Heaney przyjaźnił się z polskim poetą - opowiadał nam o nim, cytował jego wiersze i wspominał czas, który spędzili razem w Kalifornii. Polską poezję kojarzymy przede wszystkim z niezwykłą umiejętnością przekształcania absurdów rzeczywistości politycznej w wielką literaturę. To coś, co robi na nas ogromne wrażenie. Spośród współczesnych polskich pisarzy już dawno przeczytałam książkę „Dom dzienny, dom nocny” Olgi Tokarczuk. Zrobiła na mnie duże wrażenie i od tamtej pory z zainteresowaniem śledzę twórczość autorki.

Niedawno po raz pierwszy zobaczyłam swój tom poezji „Ukojenie Artemidy”, pięknie wydany po polsku w przekładzie Tadeusza Sławka. Już sam układ wierszy na stronach wygląda wspaniale. Choć język pozostaje mi całkowicie obcy, rozpoznaję charakter własnej poezji. Jestem również wdzięczna Marii Fengler, która tłumaczy moje utwory i publikuje ich wybór w czasopismach. Mam w Dublinie polskich przyjaciół i ogromnie wzrusza mnie, gdy mogę patrzeć i słuchać, jak czytają moje wiersze w swoim ojczystym języku.

P.Z.: - Co Pani czuje, kiedy słyszy swoje wiersze czytane po polsku? Czy mimo obcego brzmienia pozostaje w nich coś znajomego?

- To niezwykłe usłyszeć, jak rozwija się linia wiersza, poczuć jej długość i napięcie.

Kiedyś mój partner organizował czytanie poezji Josifa Brodskiego w jednym z dawnych kościołów, które dziś często służą jako miejsca koncertów i spotkań poetyckich. Najpierw Brodski czytał swoje wiersze  po angielsku i publiczność reagowała dość powściągliwie. Ale kiedy zaczął czytać po rosyjsku, nagle całe wnętrze ożyło. Czuło się elektryczność w powietrzu. To było niezwykle poruszające doświadczenie. Choć tylko nieliczni rozumieli rosyjski, sam język głęboko ich poruszył.

I właśnie na tym polega istota poezji. Język, w którym napisany jest wiersz, potrafi wykraczać poza samo rozumienie znaczeń. Działa jak muzyka. Tak jak słuchając muzyki, nie trzeba znać języka ani kontekstu, aby poczuć jej siłę, tak samo jest z dobrą poezją. Możemy poczuć jej energię, nawet jeśli nie rozumiemy każdego słowa.

Paula Meehan urodziła i wychowała się w Dublinie, gdzie dotąd mieszka. Studiowała w Trinity College w Dublinie (Kolegium Trójcy Świętej) oraz na Eastern Washington University (Uniwersytecie Wschodniego Waszyngtonu). Książka „As If By Magic: Selected Poems” (Jak gdyby za sprawą magii. Wiersze wybrane), będąca zbiorem poezji powstałej na przestrzeni ponad trzydziestu lat, została opublikowana w październiku 2020 roku przez Dedalus Press (Dublin) oraz wiosną 2021 roku, przez Wake Forest University Press (Karolina Północna). Jej książki zdobyły uznanie zarówno publiczności, jak i krytyki w Irlandii i na świecie. Autorka otrzymała wiele nagród, a jej twórczość była tłumaczona na różne języki obce. W 1996 roku została wybrana na członka Aosdány – powstałego w 1981 roku, prestiżowego stowarzyszenia zrzeszającego irlandzkich twórców reprezentujących różne dziedziny sztuki. W latach 2013-2016 piastowała zaszczytną funkcję Profesor Poezji Irlandzkiej, a zbiór jej wykładów z tego okresu wydano w książce „Imaginary Bonnets with Real Bees in Them” (Wyimaginowane czepki/czapeczkiz prawdziwymi pszczołami, UCD Press).
Paula Meehan odwiedziła Gdańsk podczas festiwalu Between.Pomiędzy. Na Uniwersytecie Gdańskim wygłosiła wykład pt. „Strażniczka pamięci”. Wzięła także udział w spotkaniu autorskim w Domu Literatury Gdańsk. Jej wiersze w tłumaczeniu Marii Fengler, a także opracowania naukowe jej poezji autorstwa Patrycji Zielke oraz Davida Malcolma ukazały się w kwartalnikach „Konteksty. Polska Sztuka Ludowa” (2/2025) oraz „Tekstualia” (2/2026).

 

Urszula Abucewicz, Patrycja Zielke