Biała karta w historiografii polskiego teatru żydowskiego została zapisana. Rozmowa z dr. Mieczysławem Abramowiczem.

Fot. Tomasz Abramowicz

- Moja rozprawa doktorska jest przede wszystkim dysertacją naukową, wynikiem żmudnego i długotrwałego projektu badawczego, który miał na celu zapisanie niepokojącej swoim istnieniem białej karty w naszej historiografii polskiego teatru żydowskiego. W swojej warstwie emocjonalnej jest wypełnieniem przeze mnie owej micwy pamięci o ludziach, naszych sąsiadach, o ich kulturze, zwyczajach, o tym wszystkim, co zniknęło z okalających nas pejzaży i wspólnej niegdyś przestrzeni. Moją pracę traktowałem, jako spłacenie długu wobec nich zaciągniętego przez nas wszystkich i przeze mnie osobiście – mówi dr Mieczysław Abramowicz, autor wyróżnionej rozprawy doktorskiej obronionej 5 marca 2021 w Zakładzie Dramatu, Teatru i Widowisk Wydziału Filologicznego UG. Promotorem pracy była dr hab. Małgorzata Jarmułowicz, prof. UG, kierownik Zakładu Dramatu, Teatru i Widowisk Wydziału Filologicznego UG, a recenzentkami  dr hab. Joanna Roszak prof. ISPAN oraz prof. dr hab. Małgorzata Leyko UŁ.

Z dr Mieczysławem Abramowiczem, autorem świeżo obronionej rozprawy doktorskiej pt. Teatr żydowski w Gdańsku 1876-1968 rozmawia Ewa Karolina Cichocka.

- Swoją pracę poświęciłeś pamięci gdańskich teatrologów prof. Janowi Ciechowiczowi i dr Joannie Puzynie-Chojce, którzy przedwcześnie i tragicznie odeszli. Brakuje ich nam wszystkim w wymiarze ludzkim, ale bolesne jest szczególnie dla środowiska gdańskich teatrologów. Jakie znaczenie miała dla ciebie współpraca z nimi i czy mieli wpływ na twoje badania?

‒ Joasię Chojkę poznałem na początku lat 90., gdy byłem szefem działu kultury Gazety Morskiej, gdańskiego dodatku do Gazety Wyborczej. Joasia była naszym etatowym krytykiem teatralnym. Jej teksty zawsze były na najwyższym poziomie profesjonalizmu, z jej opinią liczyli się wszyscy twórcy teatralni trójmiasta. Wkrótce ten związek zawodowy przerodził się w szczerą przyjaźń.

Mniej więcej w tym samym czasie poznałem Profesora Jana Ciechowicza. Współpracowałem z nim przy wydaniu kilku książek (m.in. 200 lat teatru na Targu Węglowym w Gdańsku, 2004), brałem udział w kilku konferencjach naukowych organizowanych przez niego. W połowie lat 90. Profesor namówił mnie, bym rozpoczął studia doktoranckie na jego seminarium. Wiele lat później Profesor mówił na moim benefisie w Nadbałtyckim Centrum Kultury, że jestem jego największą klęską pedagogiczną, bo lata mijały, a ja ciągle nie byłem gotowy z moją pracą doktorską. Myślę, że teraz Profesor byłby zadowolony.

- Twoja rozprawa doktorska dotyczy okresu od pierwszego przedstawienia w Teatrze Wilhelma przy Długich Ogrodach w 1876, aż do 1968 roku.  Promotor pracy dr hab. Małgorzata Jarmułowicz prof. UG, określiła ją jako pracę monumentalną i fundamentalną. Badanie blisko dwóch stuleci dziejów gdańskiego teatru żydowskiego i losów gdańskich Żydów stało się twoją życiową pasją. Jesteś autorem publikacji, książek, wystaw oraz przedstawień teatralnych. Dlaczego i kiedy zacząłeś interesować się tym tematem?

‒ To długa historia, bo sięgająca mojego dzieciństwa. Nasza mama (mam jeszcze dwóch braci) opowiadała wspaniałe historie, jak najbardziej prawdziwe, choć niesamowite, pełne carówien, wspaniałych mężczyzn w galowych mundurach, potyczek wojennych, ale też cudów architektury, wspaniałej literatury i muzyki. Dziadek, ojciec mamy, był carskim oficerem i to jego życie, pełne przygód było kanwą maminych opowieści. To rozbudziło we mnie nieprzemijającą pasję do historii i do jej opowiadania. Bardzo ważnym i częstym motywem w opowieściach mamy byli otaczający ją ludzie, zdarzenia i pejzaże. Stąd też opowieści te pełne były nie tylko historii licznych stryjów, stryjenek, bliższych i dalszych krewnych i znajomych, ale również mieszkańców Sobiboru (gdzie w majątku rodzinnym spędziła dzieciństwo), Włodawy i Chełma. Przede wszystkim żydowskich przyjaciół mamy. W tych trzech miejscowościach przeważała ludność żydowska, stąd niczym dziwnym jest to, że większość przyjaciół mamy to jakaś Mojra, Gołda, Rachel, jakiś Mosiek, Abramek czy Icek… Mama bywała w ich domach (często wspominała wielkie pierzyny na piecu w domu piekarza we Włodawie, na których przesiadywała z jego dziećmi), wysłuchiwała ich opowieści, śpiewała ich piosenki, brała udział w ich świętach. Czuła się wśród nich jak pośród najbliższych krewnych. Często była bardziej Żydówką niż córką carskiego oficera. To już wtedy w dzieciństwie pojawiła się we mnie pasja do poznawania świata żydowskiego.

Później zainteresowałem się historią Gdańska, której poświęciłem wiele czasu na licznych kwerendach oraz przygotowując artykuły do m.in. Kwartalnika Był sobie Gdańsk i 30 dni, filmy dokumentalne dla gdańskiej tv oraz słuchowiska nadawane przez Radio Gdańsk (ale jeszcze przed dobrą zmianą).

Jeśli do tych pasji dołączymy pasję największą ‒ teatr, to wszystko ułoży się nam w jedną całość: historia teatru żydowskiego w Gdańsku.

- Lata 90. XX w.  były momentem, kiedy zapomniane czy celowo pomijane wcześniej pewne tematy gdańskiej przeszłości, zaczęły się pojawiać w badaniach, artykułach, ale i w zainteresowaniach gdańszczan. Pamiętam, jak sensacyjne i poszukiwane okazały się albumy z serii Był sobie Gdańsk.  Czy to nie wtedy pojawiły się pierwsze zdjęcia gdańskiej Wielkiej Synagogi?

‒ Nie, nie… fotografie Wielkiej Synagogi gdańskiej znane były i publikowane wcześniej. Na przykład w wydanym w roku 1987 albumie Fotografie dawnego Gdańska zamieszczono zdjęcie budynku synagogi i jej wnętrza.

- Czy wpływ na twoje zainteresowania i poszukiwania miała znana potem w USA aktorka kina żydowskiego Bina Abramowicz i inni Abramowicze, o których piszesz w pracy? Wszak pochodzisz z Gdańska.

‒ Ani Bina, ani Max, ani pisarz Szalom Jacob ps. Mojcher Sforim (zwany dziadkiem literatury żydowskiej) nie byli moimi antenatami. Żałuję bardzo.

- Materiały do rekonstrukcji losów swoich bohaterów pozyskiwałeś z przeróżnych i wielojęzycznych źródeł, pomiędzy Gdańskiem a Izraelem. Archiwum czy biblioteka w twoim przypadku brzmią nieco banalnie. Recenzentka pracy użyła takich określeń jak szperactwo badawcze czy stróż pamięci. Gdzie prowadziłeś swoje badania? Z jakich zakątków świata pochodzą materiały, z których korzystałeś?

‒ Źródła do mojej pracy (przede wszystkim gazety żydowskie w jidysz, w języku niemieckim, polskim i rosyjskim oraz literatura przedmiotu i wspomnieniowa) znajdowałem oczywiście w Gdańsku, w Archiwum Państwowym oraz w PAN Bibliotece Gdańskiej, ale również w Jerozolimie (Centralne Archiwum Historii Narodu Żydowskiego i Biblioteka Narodowa Izraela) i Tel Awiwie (Wiener Collection w Uniwersytecie telawiwskim). Także w nowojorskim Żydowskim Instytucie Naukowym YIVO, choć tam ze względu na zarazę jedynie online. Prowadząc kwerendy odwiedzałem wiele archiwów i bibliotek, również tych internetowych.

- Jakie dokumenty czy spotkania podczas pracy badawczej i zbierania materiałów zaskoczyły cię i czy były takie, które dokonały pewnych zwrotów w poszukiwaniach?

‒ Najbardziej poruszające ‒ jak zwykle w takiej pracy ‒ są momenty, gdy dociera się do dokumentów, do których przez dziesięciolecia lub stulecia nikt nie zaglądał. W Jerozolimie były to koperty, zwykłe pocztowe koperty, zaklejone w roku 1938 w Gdańsku i później już nie otwierano. Ponieważ nie były opisane nikt nie wiedział, co skrywają. Dopiero to ja po osiemdziesięciu latach otworzyłem je jako pierwszy. Oczywiście za zgodą i w obecności dyrektora archiwum.

- Sześćset stron twojej rozprawy doktorskiej to nieznane dotychczas szerzej losy gdańskich scen, spektakli, aktorek i aktorów. Opisane są zarówno przedstawienia szkolne, purimowe jak i spektakle z udziałem sławnych artystów z polskich scen. Czy żydowski teatr w Gdańsku odróżniał się od tych w innych miastach Polski?

‒ Trzeba pamiętać, że przez cały czas działania w Gdańsku teatru żydowskiego nasze miasto nie było częścią Polski ‒ do I wojny światowej należało do Cesarstwa Niemieckiego, później było stolicą Wolnego Miasta. Aktorzy żydowscy, którzy występowali w Gdańsku pochodzili z Polski (lub w XIX wieku z Ukrainy), wcześniej grali w Warszawie, Lwowie, Krakowie. W związku z tym gdański teatr nie różnił się zbytnio o żydowskich teatrów działających w Polsce. Repertuar był podobny, podobne sposoby inscenizacji spektakli, taka sama muzyka.

- Początkowo występowały w Gdańsku trupy przyjezdne z wielu miejsc Europy. Później, w l. 30, kiedy powstaje stały teatr żydowski, pojawia się  nowa jakość. Tę zmianę widać nie tylko w klasie aktorskiej, ale i w repertuarze. Jakie spektakle pojawiły się na afiszach?

‒ Teatr Żydowski w Gdańsku prezentował klasyczny repertuar żydowski: utwory Goldfadena, Szaloma Asza, Sz. An-skiego (w tym słynnego Dybuka), Jakowa Gordina, Szolema Alejchema i innych dramaturgów żydowskich. Za dyrekcji Turkowa repertuar ten został rozszerzony o sztuki takich autorów, jak: Ladislas Fodor, Wilhelm Werner, Maria Morozowicz-Szczepkowska. W roku 1938 Teatr Żydowski w Gdańsku przeszedł pod patronat miejscowego Kulturbundu, co niezwykle ułatwiło działalność żydowskiej sceny.

- Wspominasz niezapomniane kreacje i przedstawienia, gwiazd znanych nie tylko u nas. Pojawiają się także krótkie wzmianki i biogramy osób, których ciągu dalszego losów nie znamy. Jak napisałeś, są one jak kamienie pamięci kładzione na macewach, których nie ma i nigdy nie było, a pozostaną na zadrukowanych stronach, do których  zawsze można powrócić. Przybliżasz i odkrywasz gdańszczanom zupełnie nieznane rozdziały gdańskiej sceny. Pojawia się np. Maks Baumann, gdański poeta i dramaturg piszący po niemiecku. Jakie wymieniłbyś jeszcze postaci, spektakle, role, które warto byłoby przypomnieć?

‒ W jednym z aneksów na końcu książki, zatytułowanym Osoby znajdują się mikrobiogramy wszystkich osób, które w jakikolwiek sposób związane były z gdańskim teatrem żydowskim. Są więc tam zamieszczone krótkie życiorysy aktorów i reżyserów, ale również uczestników dziecięcych występów amatorskich, o których bardzo często wiem tylko tyle, że wystąpili np. w „dziecięcej operze” Podróż dookoła świata. Spytać ktoś może, jaki sens na wspominanie o tak nieważnym fakcie, jak występ w szkolnym przedstawieniu, czy to w jakiś sposób wzbogaca naszą wiedzę o historii teatru żydowskiego w Gdańsku? Oczywiście tak. Ale jest jeszcze niebagatelna sprawa pamięci, pamięci o tych, którzy byli tu przed nami. Zdawałem sobie sprawę z tego, że mój aneks Osoby jest jedynym miejscem, w którym ludzie ci mogą być przypomniani, że jest to jedyny sposób, by uratować ich przed całkowitym zapomnieniem. Poczytuję to sobie za obowiązek wobec nich.

Kilka lat temu rabin Michael Schudrich mówiąc o mojej książce Bowiem jak śmierć potężna jest pamięć powiedział, że największą micwą jest właśnie pamięć o tych, którzy odeszli, którzy byli przed nami. Również o tych, których nie znaliśmy, którzy nie należeli do naszych rodów, którzy byli obcy.

Moja rozprawa doktorska ‒ która wkrótce stanie się także książką ogólnie dostępną ‒ jest przede wszystkim dysertacją naukową, wynikiem żmudnego i długotrwałego projektu badawczego, który miał na celu ‒ i ten cel, mam nadzieję, osiągnął ‒ zapisanie niepokojącej swoim istnieniem białej karty w naszej historiografii polskiego teatru żydowskiego. Ale jest również ‒ w swojej warstwie emocjonalnej ‒ wypełnieniem przeze mnie owej micwy pamięci o ludziach, naszych sąsiadach, o ich kulturze, zwyczajach, o tym wszystkim, co zniknęło z okalających nas pejzaży i wspólnej niegdyś przestrzeni. Moją pracę traktowałem, jako spłacenie długu wobec nich zaciągniętego przez nas wszystkich i przeze mnie osobiście.

- Praca składa się z dwóch części. Jedną kończy zagłada 1939 roku, drugą rok 1968. Scena żydowska w Gdańsku działała do 1938 roku. Okres tuż przed wojną obfituje już w wyjazdy i zdarzenia powiązane z antysemityzmem. Jaki los spotkał Żydów, związanych z gdańskimi scenami w czasie wojny i później?

‒ Wszyscy aktorzy żydowscy wyjechali z Gdańska pod koniec 1938 roku. Podzielili los swoich współbraci, większość została zamordowana w nazistowskich, niemieckich obozach zagłady lub w gettach w Łodzi, Warszawie i we Lwowie. Uratowali się nieliczni, m.in. Jonas Turkow i jego żona Diana Blumenfeld.

- Daty i cezury mają znaczenie. W dniu obrony twojej pracy doktorskiej minęło 100 lat od pierwszego występu Hersza Głowińskiego, założyciela Teatru Jidysz. A jak kończy się powojenna historia żydowskiej sceny w Gdańsku?

‒ Ostatnie występy żydowskich aktorów w Gdańsku i Sopocie, i to tych z najwyższej półki, odbyły się latem 1958 i 1959 roku. Wtedy to gościnnie występował nad morzem słynny Teatr Żydowski Idy Kamińskiej.

- Twoja recenzentka dr hab. Joanna Roszak prof. ISPAN podkreśla, że twoja praca to ważne dzieło w historiografii polskiego teatru. Pisze także, że wskazujesz kolejne kierunki i obszary do badań i pracy. Jaki to obszar? W jakim kierunku podążysz, jak już będzie można się swobodnie poruszać?

‒ Obiecałem sobie, że następną książką po Teatrze żydowskim w Gdańsku będzie książka poświęcona gdańskim Kindertransportom z roku 1939, kiedy to wywieziono do Londynu około dwustu dzieci żydowskich, ratując im tym samym życie.

- Dziękuję za rozmowę i czekam na książkę.

Ewa Cichocka/Zespół Prasowy UG