Stworzyły podwodny ogród. Chcą, żeby natura odzyskała dziką moc

Jeszcze kilka dekad temu woda w Zatoce Puckiej była przejrzysta, a na brzeg „wychodziły” bujne podwodne łąki. Te czasy minęły, ale niekoniecznie bezpowrotnie. Naukowczynie z Uniwersytetu Gdańskiego i Fundacja MARE przekonują, że w odtwarzaniu naturalnych łąk z trawą morską warto wesprzeć naturę. Bujna podwodna roślinność może nam pomóc w walce ze skutkami zmian klimatu.

fot. Krystian Bielatowicz

W latach 60. XX wieku znaczną część dna Zatoki Puckiej porastały podwodne łąki. Większość tych terenów uległa degradacji przez różnorodne presje m.in. ich nadmierną eksploatację oraz zanieczyszczenia bytowe, przemysłowe i rolnicze.

Kilka lat temu dr Aleksandra Zgrundo z Uniwersytetu Gdańskiego zaobserwowała, że łąki Zostera marina zaczynają się powoli odradzać, a wraz z nimi powrócają dawno niewidziane rodzime gatunki glonów, takie jak morszczyn pęcherzykowaty i widlik zaostrzony.

Naukowczynie dr Aleksandra Zgrundo i dr Ilona Złoch z Wydziału Oceanografii i Geografii chcą pomóc zatoce w odradzaniu jej ekosystemu, dlatego rozpoczęły pilotaż  odtwarzania łąk trawy morskiej. W tym celu pod wodą pobrano sadzonki trawy morskiej i zasadzono je na czterech specjalnie przygotowanych poletkach.

Raz w miesiącu uczestnicy projektu monitorują uprawy i obserwują, czy roślinność się rozrasta. - Docelowo chciałabym sadzić trawę morską na obszarze wód zewnętrznej Zatoki Puckiej - mówi nam dr Aleksandra Zgrundo.

To idealny moment, by pomóc naturze
fot. Krystian Bielatowicz

Naukowczynie z Uniwersytetu Gdańskiego oraz Fundacja MARE chcą odtworzyć zdegradowane łąki podwodne w Zatoce Puckiej. Jak mówią, stan wód  Bałtyku ulega stopniowej poprawie, co sprzyja „wielkim powrotom” rodzimej roślinności. Są przekonane, że to idealny moment, by wyciągnąć pomocną dłoń do natury i naprawić błędy z przeszłości.

- Głęboko wierzymy w to, że przyroda sama jest w stanie się odradzać, ale poprzez nasze działania możemy jej w tym pomóc - przekonuje Olga Sarna, prezeska zarządu Fundacji Mare, organizacji pozarządowej, która skupia się na ochronie morskich ekosystemów.

80 procent łąk już nie istnieje

Zatoka Pucka to zachodnia część Zatoki Gdańskiej, położona między Mierzeją Helską, a linią Hel-Gdynia. Jej powierzchnia wynosi 364 kilometry kwadratowe. Można powiedzieć, że to dość spora "działka". Niewiele osób wie, że jeszcze w latach 60. XX wieku, znaczną część tego obszaru porastały podwodne łąki, tworzone przez trawę morską (Zostera marina), rupię morską, zamętnicę błotną czy ramienice. Roślinom tym często towarzyszyły również krasnorosty i brunatnice - a wśród nich, wspomniane powyżej, widlik i morszczyn.

- Kiedyś było normalne, że po wejściu  do wody  od razu pod stopami czuło się roślinność jak obecnie w czystych jeziorach. Teraz takie miejsca, gdzie podwodna łąka "wychodzi" na brzeg znajdziemy m.in. w okolicach Błądzikowa, Chałup i Kuźnicy - opowiada dr Aleksandra Zgrundo.

A to dlatego, że miejscami 80 procent łąk już nie istnieje. Oczywiście nie zniknęły w jednej chwili. Przyczyn było wiele, a ta jedna główna to po prostu człowiek.

- Intensywny rozwój infrastruktury brzegowej i turystycznej, a także eksploatacja dna w celu pozyskiwania agaru z glonów morskich, refulacja oraz kotwiczenie jednostek - wszystko to prowadziło do fizycznego niszczenia siedlisk – tłumaczy dr Ilona Złoch.

- Eutrofizacja doprowadziła do zakwitów glonów i zmniejszenia przezroczystości wody, co ograniczyło rozwój łąk. Dodatkowo zanieczyszczenia bytowe, przemysłowe i nawozy sztuczne spływające z lądu przyczyniły się do degradacji ekosystemu - dodaje dr A. Zgrundo.

Naukowczyni wyjaśnia, że w latach 80. XX wieku wody Bałtyku były poddane tak wielu presjom środowiskowym, że śmiało można było mówić o katastrofie ekologicznej.

Coś się zmieniło
fot. Krystian Bielatowicz

Minęło kilkadziesiąt lat i dopiero niedawno pojawiło się „światełko w tunelu”. Dostrzegła je dr Aleksandra Zgrundo, która od 2018 roku prowadzi badania w Zatoce Puckiej, analizując próbki wody, osadu i roślin dennych. Podczas badań zauważyła, że w tym podwodnym ekosystemie „coś drgnęło” - zaczęło się zmieniać na lepsze.

- To, co od razu zwróciło moją uwagę, to fakt, że roślin stopniowo przybywało. Stopień pokrycia dna jest coraz większy i pojawiają się te gatunki, które wcześniej nie były obserwowane, a ze źródeł historycznych wiemy, że istniały. Dostrzegłam też trawę morską pojawiającą się w nowych lokalizacjach. Zaskoczyła mnie też stosunkowo dobra jakość łąk w tych miejscach, gdzie one istnieją - opowiada naukowczyni.

Te obserwacje skłoniły ją do rozpoczęcia pilotażu odtwarzania trawy morskiej w Zatoce Puckiej.

- Teraz w 2025 roku mogę z pełnym przekonaniem powiedzieć, że zbiorowiska roślinności odradzają się i są w coraz lepszej kondycji. Nasze środowisko na tyle się oczyściło, że właśnie zaczynamy widzieć pierwsze efekty - mówi dr A. Zgrundo.

Dlaczego potrzebna jest pomoc człowieka?

Jakość wody w Bałtyku stopniowo się polepsza. Jak tłumaczą naukowczynie wpływa na to między innymi powstanie oczyszczalni ścieków, które ograniczyły dopływ zanieczyszczeń do rzek i morza.

Skoro jest tak dobrze to, czy rzeczywiście natura potrzebuje ingerencji człowieka? Czy konieczne jest, żeby naukowcy samodzielnie obsadzali dno zatoki? Po, co tyle wysiłku? - Robimy to po to, żeby zatoka jeszcze intensywniej się odradzała. Chcemy ją wspomóc, a trawa i łąki podwodne stanowią naturalne siedliska dla  ryb, małży i wielu innych organizmów. To wspiera cały ekosystem - mówi Olga Sarna.

- Proszę sobie policzyć, że dojście do obecnego etapu zajęło naturze około 40 lat. Tak jak rekultywuje się tereny górnicze, tak samo warto wspierać ekosystemy morskie - dodaje dr A. Zgrundo. I zwraca uwagę, że podejmowanie takich działań jest również obowiązkiem członków Unii Europejskiej, wynikającym z Rozporządzenia Parlamentu Europejskiego i Rady w sprawie odbudowy zasobów przyrodniczych (Nature Restoration Law). To prawo, które nakłada na państwa wspólnoty podjęcie działań w celu odbudowy zniszczonych ekosystemów, również morskich.

- Jednym z takich obowiązków jest dążenie do osiągnięcia stanu bliskiego naturalnemu. Kraje członkowskie zostały zobligowane do objęcia odbudową co najmniej 20% obszarów morskich  do 2030 roku, a do 2050 roku wszystkich ekosystemów, które tego wymagają. To, co robimy wpisuje się w tę politykę środowiskową - tłumaczy naukowczyni.

„Ogrodniczy” eksperyment pod wodą
fot. Krystian Bielatowicz

- Nie staramy się "zarządzać" przyrodą, lecz tworzyć warunki, w których natura sama odzyskuje swoją dziką moc. To zaproszenie do współbycia z morzem, które nie jest obcą przestrzenią, ale wspólnym domem i fundamentem naszego przetrwania - mówi Olga Sarna.

„Ogrodniczy” eksperyment ruszył w lipcu. Pora nie była przypadkowa. Jak wskazują naukowczynie to właśnie wtedy rośliny wypuszczają nowe pędy i korzenie. Postanowiły to wykorzystać. I tak najpierw starannie wyznaczono cztery poletka na terenie wód wewnętrznej Zatoki Puckiej. Wszystkie znajdują się w bliskiej odległości od siebie i na obszarze, gdzie kiedyś naturalnie występowały łąki. Każde poletko jest w kształcie kwadratu i ma powierzchnię 16 metrów kwadratowych.

- Cały proces nam zajął kilka dni. Najpierw przygotowałyśmy poletka – trzeba było je oznaczyć i wydzielić. Potem zbierałyśmy rośliny na łące-dawcy. Pobierałyśmy pęd z kawałkiem kłącza i korzeni, a następnie przesadzałyśmy na nasze poletka eksperymentalne - opisała prace dr A. Zgrundo.

Kluczowe było tempo pracy, aby każda pobrana sadzonka została posadzona jeszcze tego samego dnia. Im mniej czasu minie pomiędzy zebraniem, a posadzeniem sadzonek, tym większa szansa na powodzenie eksperymentu. - Same prace przebiegały tak jak w zwykłym ogrodnictwie. Nie były potrzebne żadne specjalistyczne narzędzia - dodaje liderka pilotażu.

Roślina-inżynierka

Co wiemy o roślinie, na której opiera się cały pilotaż? Naukowczynie „zrekrutowały” do projektu Zostera marina, nazywaną trawą morską.  To właśnie ona w dużej mierze tworzyła w latach 50 i 60. XX wieku gęste łąki podwodne. Można śmiało powiedzieć, że to jeden z kluczowych gatunków dla ekosystemu Bałtyku Południowego.

- Bardzo ważnym założeniem tego projektu jest fakt, że opiera się on na naszych rodzimych roślinach, które mają największy potencjał, aby przeżyć w warunkach Zatoki Puckiej - podkreśla dr Ilona Złoch.

Zostera marina to prawdziwy obieżyświat. Chociaż uchodzi za roślinę rodzimą w Zatoce Puckiej, to jej korzenie sięgają prawdopodobnie Wysp Japońskich. To właśnie stamtąd dzięki prądom morskim przywędrowała do Bałtyku. Ale „osiedliła się” nie tylko tutaj. Jej długie, wąskie zielone liście można podziwiać również u wybrzeży Ameryki Północnej, a nawet Grenlandii.

Zostera marina jest jedną z największych producentek tlenu. Podobnie jak inne rośliny bierze udział w procesie fotosyntezy, więc produkuje tlen, wiąże dwutlenek węgla i oczyszcza wodę z biogenów. Jak tłumaczy dr Ilona Złoch, z badań prowadzonych w basenie Morza Bałtyckiego wiadomo, że metr kwadratowy łąki może związać 1,6 kilograma azotu i 0,7 kilograma fosforu.

- Ta funkcja oczyszczania wody ze związków odżywczych takich jak azotany i fosforany przyczynia się do zmniejszenia procesu eutrofizacji oraz wpływa na magazynowanie błękitnego węgla - podkreśla prezeska Fundacji MARE.

Trawa morska świetnie stabilizuje i chroni przed erozją dno morskie. - To jest roślina inżynierska, czyli taka, która tworzy, modyfikuje i utrzymuje swoje siedliska, tworząc warunki sprzyjające rozwojowi innych gatunków. Nie tylko za pomocą korzeni umacnia dno. Ona też zapobiega przesuwaniu się osadu, co jest bardzo ważne w kontekście zmian klimatycznych. Wszyscy doświadczamy ostatnio gwałtownych zjawisk pogodowych. Ta roślina wspiera ochronę brzegów. Może też pomóc uchronić nas przed efektami wzrostu poziomu morza - dodaje dr Aleksandra Zgrundo.

I wreszcie ostatnia kwestia. Zostera marina to po prostu dom. Trawa morska tworzy siedliska dla innych organizmów. To jej zarośla są miejscem tarliska ryb. - Chociaż sama nie stanowi pokarmu, wspiera cały łańcuch pokarmowy. Zostera marina jest porastana przez różnego rodzaju mikroorganizmy, ale też i większe organizmy, które stanowią pokarm dla kolejnych szczebli troficznych - opowiada naukowczyni.

Cel: wypłynąć na szerokie wody

Poletka obsadzone, teraz pozostaje cierpliwie czekać na efekty. Pilotaż zakłada roczny monitoring podwodnych upraw. W praktyce wygląda to tak, że raz w miesiącu naukowczynie wybierają się na eksperymentalne poletka i liczą, ile znajduje się tam roślin. Ten prosty rachunek pozwala sprawnie oszacować, czy sadzonki dalej się rozwijają. Drugim monitorowanym czynnikiem jest kondycja roślin. Wbrew pozorom naukowcy nie nurkują z miarkami, by sprawdzać, o ile centymetrów urosła trawa morska. A to dlatego, że wysokość roślin podwodnych jest zależna od głębokości na jakiej występują. Im płycej, tym liście krótsze.

- Wygląda na to, że rośliny, które się przyjęły są w dobrej formie w nowym miejscu. Świadczy o tym wypuszczanie nowych liści, czy wyrastające z kłączy nowe pędy. To bardzo dobra wiadomość, którą możemy się pochwalić już po dwóch miesiącach eksperymentu - tłumaczy dr Aleksandra Zgrundo.  

Projekt zakłada, że monitoring potrwa rok, ale, żeby faktycznie ocenić efekty pracy, trzeba poczekać dwa, a nawet trzy lata. Dalsze działania na rzecz odtwarzania podwodnych łąk będą zależne od wyników obecnego eksperymentu.

- Moim celem nie jest tylko prowadzenie nasadzeń w obrębie Zalewu Puckiego. To jest oczywiście idealny akwen testowy, ale chciałabym wyjść z projektem na wody Zewnętrznej Zatoki Puckiej. Zależy mi, aby łąki Zostera marina pojawiły się na większą skalę również tam, gdzie istniały w czasach historycznych (lata 60. XX wieku - przyp. red.) - kończy naukowczyni.

fot. Krystian Bielatowicz
mgr Magdalena Nieczuja - Goniszewska, Rzeczniczka Prasowa UG; Fot. Krystian Bielatowicz