Niedaleko pada saksofon od siekiery - tak można by opisać relację, jaką tworzą od ponad dwóch dekad reżyser Wojciech Smarzowski („Dom zły”, „Wesele”, „Kler”) oraz muzyk Mikołaj Trzaska. Ich współpraca rozpoczęła się od realizacji spektaklu telewizyjnego pt. „Kuracja” w 2001 roku. Film ten został zaprezentowany na specjalnym wydarzeniu zorganizowanym przez DKF UG „Miłość Blondynki” działający w ramach Akademickiego Centrum Kultury UG „Alternator”.
Celebracja 25-lecia współpracy twórczej Smarzowskiego i Trzaski odbyła się 8 kwietnia 2026 r. na Uniwersytecie Gdańskim, przyciągając tłumy fanów i pasjonatów polskiego kina. Podczas tego wyjątkowego wydarzenia, oprócz pokazu „Kuracji”, odbyło się również spotkanie z twórcami, które poprowadził jeden z największych wielbicieli twórczości Smarzowskiego, a także historyk i filmoznawca - dr Piotr Kurpiewski. To nie pierwszy raz, kiedy Uniwersytet Gdański gościł Wojciecha Smarzowskiego oraz Mikołaja Trzaskę. Reżyser kilkukrotnie odwiedził kampus przy okazji projekcji swoich filmów czy zajęć specjalnie zorganizowanych dla studentów kierunków filmowych UG. Zaś saksofonista przez wiele lat był związany z uniwersytetem jako jeden z prowadzących zajęcia dotyczące tworzenia muzyki filmowej. Jednak po raz pierwszy mogliśmy być świadkami pojawienia się tych dwóch wybitnych artystów w ramach celebracji ich twórczej współpracy.
Podczas spotkania padały pytania nie tylko o spektakl telewizyjny, od którego zaczęła się współpraca pomiędzy artystami, ale także o całokształt relacji między muzykiem a reżyserem, o plany na przyszłość czy też o ulubione filmy widzów przybyłych na pokaz.
Miłosz Kuczyński: - Spotykamy się na Uniwersytecie Gdańskim z okazji 25-lecia Panów współpracy. Jak Wasza relacja zmieniła się przez te dwadzieścia pięć lat? A może wręcz przeciwnie - nie zmieniła się wcale?
Mikołaj Trzaska: - To jest taka immanentna cecha tej współpracy, że za każdym razem, z każdym filmem mam do czynienia z innym materiałem. Mam takie wrażenie, że zawsze spotykam się w nim z innym reżyserem. Oczywiście jest to twórca, który ma pewną misję i pewne zadanie, i poprzez film chciałby coś bardzo konkretnego powiedzieć do społeczeństwa i do każdego człowieka z osobna, co także dla mnie jest bardzo ważne. To jednak językowo, czasowo i formalnie jest zawsze inne kino. Są elementy wspólne, pewien rodzaj montażu, narracji, aczkolwiek Wojtek potrafi zaskoczyć i zrezygnować z jakiejś ubitej drogi. I to sobie cenię. Właściwie nie wiem, jaki numer Wojtek za chwilę wykręci. Mogę się domyślać, że to będzie kino na najszerszym ekranie lub że to może być film zamknięty w czterech ścianach, jak w przypadku „Kuracji” czy jego najnowszego filmu („Domu dobrego” - przyp. red.). No i moja muzyka… która nie wiem do końca, czy jest moja, ale na pewno wypływa z tego, co widzę i co wcześniej przeczytałem. Jest wynikiem jakichś różnych reakcji.
M.K.: - Czy to znaczy, że, w Twoim odczuciu, każdy projekt ze Smarzowskim jest zupełnie inny?
M.T.: - Materia pozostaje ta sama. Zmieniają się narzędzia. Tu liście zagarnialiśmy grabiami, tutaj kopaliśmy widłami, a tam działaliśmy po prostu piłą łańcuchową.
Wojciech Smarzowski: - Dla mnie zawsze było ważne, żeby muzyka ilustrowała to, co dzieje się w głowie bohatera, jego stan emocjonalny. Żeby nie była muzyką ilustracyjną, taką, do której noga tupie i łatwiej przechodzi akcja. Czasem jest tak, że Mikołaj inaczej niż ja postrzega muzykę, ale obaj chyba doceniamy ciszę i to jest największa wartość. Drugą dużą wartością jest to, że podobnie postrzegamy świat. „Kuracja” jest tego bardzo dobrym przykładem. Tam muzyka po prostu idealnie weszła w tę historię. Dwadzieścia pięć lat minęło i świat się zmienił, rządzą algorytmy, a w tych streamingowych produkcjach już nie używa się ciszy. To jest masakra. Wyobraź sobie taki dialog w scenie: „Cześć Roman. Cześć Ewa. Co słychać? Napijesz się kawy? Tak. Nie. Słodzisz? Nie słodzę. Co u Ciebie? Mam raka, a Ty? A ja jadę do Sieradza.” Prawda? I nie ma już czegoś takiego, że pauza po prostu jest potrzebna, żeby pewne informacje wybrzmiały.
Jeżeli chodzi o naszą współpracę, o to, co działo się w naszych wspólnych filmach, to na przykład doszliśmy do „Domu dobrego”, gdzie tej ciszy jest bardzo dużo, bo i Mikołaj, i ja wiedzieliśmy, że jeżeli będziemy ilustrować pewne sytuacje, to potraktujemy widza jak debila. „O, uważaj, tu coś się dzieje.” Czasem ta cisza jest mocniejsza.
M.K.: - Czy w całej różnorodności wszystkich zrealizowanych wspólnie projektów bylibyście w stanie wskazać ten, z którego jesteście najbardziej dumni?
W.S.: - Nie, ale to dlatego, że ja nie oglądam swoich filmów. Kiedy kończę film, znam każdą klatkę montażową po imieniu, ale potem już się nie cofam i nie oglądam. Najważniejszy jest dla mnie ten, który właśnie robię. Tak sobie założyłem. Jakby nie było, myślę sobie, że na pewno bardzo lubię muzykę Mikołaja i pamiętam ją dokładnie, na przykład do „Kuracji”.
M.T.: - Trudno mi powiedzieć, bo z tą dumą to też jest tak, że z czegoś najpierw nie jestem dumny, a potem jestem. Czasem wydaje mi się, że zrobiłem coś byle jakiego, a kiedy to oglądam w filmie, to wydaje mi się, że jest „wow”. Czasem myślę, że jest strasznie mało muzyki, ale jest bardzo precyzyjnie umieszczona, a czasem myślę, że jest za dużo. Mam takie szczęście w przypadku Wojtka i takie zaufanie do niego, że użyje mojej muzyki w dobrym miejscu. Nie chcę, żeby to zabrzmiało jakoś dumnie, czy nieznośnie, ale uważam, że skomponować muzykę jest stosunkowo prosto. Sztuką natomiast jest użyć tej muzyki we właściwym miejscu, zachować szacunek do obrazu i do muzyki jednocześnie. To jest trochę tak, jakby wykorzystać bardzo znanego, wielkiego aktora, by wypowiedział kwestię zupełnie nie na miejscu. Kiedyś powiedziałem moim studentom, że moje ulubione filmy to te, w których muzyki nie ma, albo naprawdę zachowuje się w sposób potrzebny. Muzyka jest jak aktor, ma odegrać swoją rolę i uciekać. Musi zaistnieć, coś znaczyć - zostać na chwilę w umyśle, w emocjach.
M.K.: - W takim razie sama kompozycja traci na znaczeniu w perspektywie jej funkcji i właściwego osadzenia w filmie?
M.T.: - Oczywiście kompozycja jest ważna, ale mówię to, by oddać cześć Wojtkowi. Znam znakomitych kompozytorów, którzy być może mogliby mieć więcej szczęścia do reżyserów - takich, którzy włożyliby ich muzykę we właściwy moment. Ja mam niebywałe szczęście do reżysera, z którym pracuję.
Czuję ogromną wdzięczność, bo wiem, że dużo nagród dostałem dlatego, że film Wojtka był po prostu znakomity. Umówmy się, ja nie jestem kompozytorem filmowym. Jestem saksofonistą, który nie gra koncertów na wielkich scenach, tylko włóczy się po klubach. Trochę po Polsce i trochę po Europie, ale to jest naprawdę bardzo skromna praca, między ludźmi. To jest mój pierwszy zawód, a tutaj mam po prostu jedną z najlepszych fuch na świecie.
M.K.: - Patrząc z drugiej strony, co jest najtrudniejszym elementem współpracy na linii reżyser-kompozytor?
W.S.: - We wszystkich zawodach, być może i u kucharzy, i u ślusarzy jest tak samo: to jest ego, prawda? Chodzi o to, żeby się podporządkować historii i żeby mieć świadomość, jak pracować na historię, a nie na to, żeby było więcej muzyki albo mniej muzyki. Takie wnioski to u mnie efekty długiego procesu. Kiedy napisałem „Wesele”, to myślałem, że muszę być najlepszy w piaskownicy i znać wszystko. Film to jednak praca zbiorowa, są tu aktorzy, jest montaż, muzyka, postprodukcja i to wszystko to elementy, które składają się na efekt finalny.
M.T.: - U nas dawno skończyły się czasy, kiedy ego ma jakąkolwiek funkcję i do czegokolwiek służy. W świecie filmowym narcyzm się nie sprawdza, mało kto chce pracować w tak trudnych warunkach, nawet gdy pracuje się z dużym nazwiskiem. Bardzo zmieniły się standardy i myślę, że środowisko filmowe jest jednym z niewielu, gdzie tak to wygląda, bo w zespołach filmowych wszyscy są od siebie bardzo zależni. Jesteśmy jednym systemem: produkcja, postprodukcja, catering, systemy sanitarne, wszystkie te detale powodują, że nasza praca jest skuteczniejsza. Priorytetem jest to, że chcemy zrobić coś najlepiej i to jest cudowne doświadczenie. Dzięki temu, że przyświeca nam idea, nie jesteśmy korporacją. Wiadomo, gdzieś jest Excel, ale trzyma go producent. Naszym zadaniem jest zrobić dobre kino, które widz będzie przeżywał.
M.K.: - Jak opisalibyście swój proces twórczy?
W.S.: - Ja tak to kojarzę, że pokazuję Mikołajowi obraz. Wyjątkiem był na przykład „Wołyń”, kiedy to on skontaktował mnie z Maniuchą Bikont (autorką muzyki, specjalistką od muzyki ludowej - przyp. red.). Na początku jest wesele: długa, otwierająca scena i musiały być tam śpiewy po ukraińsku, więc Mikołaj mnie po tym nawigował. Natomiast później, i tak ma chyba też Mikołaj, trzeba zobaczyć obraz i poczuć jego klimat, charakter. Nie jest tak, że najpierw Mikołaj napisze muzykę, a potem się okazuje, że ona się nadaje lub nie. Tak sądzę.
M.K.: - Czyli ten etap najbardziej wytężonej pracy następuje już po nakręceniu filmu?
W.S.: - Tak, absolutnie. W ogóle kombinowałbym tak, żeby opowiadać bez muzyki. Ona jest potrzebna, ale gdy wymyślam film czy kiedy piszę scenariusz, to nie zakładam muzyki, o ile nie jest ona częścią składową sceny.
M.T.: - Wojtek nigdy mi nie powiedział, jaką melodię mam mu zagrać. Mówi mi, o czym to ma być, czasem rok przed scenariuszem. Ja już wtedy z tym chodzę, musi to we mnie trochę dojrzeć. Później muszę przeczytać scenariusz; zaczynam wówczas myśleć, jakimi instrumentami to zagrać, z jakimi przyjaciółmi. Wojtka nie interesują narzędzia, którymi opiszę ten film, a precyzja informacji, które przekażę. Jaki to stan emocjonalny – czy idę za bohaterem lub czy gram to na kontrze. Nie jestem ilustratorem muzyki filmowej, jestem od tego, by być z bohaterem.
M.K.: - Słyszałem, że następny film Smarzowskiego ma opowiadać o Słowianach. Czy już się w tej kwestii kontaktowaliście?
W.S.: - Rozmawialiśmy o tym. Tu jednak tak naprawdę muszę wyjść od języka: chcę to zrobić w języku „słowiańskim”. Nie chcę używać słowa starosłowiański, tylko słowiański. Teraz jesteśmy na etapie, że mamy parę scen, które są tłumaczone przez kilku tłumaczy, a potem muszą być zagrane przez aktorów. Wyjdzie nam z tego pierwsza melodia tego projektu. A później wiadomo, trzeba wpasować się w instrumenty, które były wtedy używane, ale to dalszy etap. Na ten moment zakładam, że muszą być użyte właśnie historyczne instrumenty, ale mam tu na myśli na przykład swaćbę, czyli wesele, gdzie ta muzyka jest obecna, widz ją „widzi”, więc muszą to być ówczesne instrumenty. Natomiast jeśli chodzi o to, co dzieje się w tle historii, no to już jest rola Mikołaja. Ja nie wiem, czy dożyję, bo jestem w tym projekcie od 10 lat i jeżeli teraz się go nie uda sfinalizować, to może być biała flaga. Okres przygotowawczy to będzie rok, zdjęcia - drugi, muzyki użyjemy dopiero później, to długi etap. Nie chcę rozdawać kluczyków do Rolls-Royce’a.
M.T.: - Dzięki temu, że wiem już o następnym projekcie, że to nastąpiło tak wcześnie (a ja lubię pomarzyć), to pomysły już rodzą mi się w głowie. Czasem to wcale nie są instrumenty. Czasem myślę, że trzeba by pójść na jakieś złomowisko, poszukać jakichś puszek. Myślę o kawałkach blach, rozsypanych pieniądzach na klatce schodowej. To są raczej takie rzeczy.
M.K.: - Czy w najbliższym czasie planujecie jakieś projekty niezwiązane bezpośrednio z filmem?
W.S.: - Mam też inny, kameralny film o miłości w domu starców, tak naprawdę o eutanazji. Może zwiążę się z jakimś streamingiem, zobaczymy. Mam również pomysł na dwa seriale i także o nich myślę, ale to jest bardzo wstępny etap. Najwięcej czasu przeznaczam w moich projektach na pisanie scenariuszy i dlatego pomyślałem o serialu, w którym mógłbym opowiedzieć coś o Polsce, a jednocześnie poprosić kogoś, by skupił się na pisaniu tekstów, lub żebyśmy napisali je razem.
M.K.: - A czy planujesz kiedyś tworzyć za granicą, nakręcić film niedotyczący bezpośrednio spraw Polski?
W.S.: - Wydaje mi się naturalne, że opowiadam o tym, co znam. Nie widzę się za granicą w żaden sposób. Niemniej, kiedy wymyślałem „Dom dobry”, to myślałem sobie, że akcja mogłaby dziać się na Wilanowie, osiedlu nie najbiedniejszym, gdzie są ogromne okna i sąsiedzi mogą zobaczyć, co dzieje się w mieszkaniu. Potem pomyślałem, i tu jest trop zagraniczny, że mogłoby dziać się to na przykład na wczasach w Chorwacji, gdzie jest basen, a dookoła są różne wille, zamieszkiwane przez ludzi z całego świata i oni reagują bądź nie reagują na tę przemoc. Ostatecznie jestem z Podkarpacia, wybrałem małe miasteczko i akcja tam się potoczyła.
M.T.: - Piętnastego kwietnia miałem premierę swojej płyty z Maciem Morettim i Olgierdem Walickim. Nazywa się „November”, co oznacza nie miesiąc, a stan umysłu. To śmieszna historia, ponieważ nagraliśmy ją przy okazji nagrywania muzyki do „Domu dobrego”, wykorzystując dwa dodatkowe dni. Moi przyjaciele pomagali mi przy rejestrowaniu tej ścieżki dźwiękowej, ale potem pomyśleliśmy, że skoro już jesteśmy w studio, to możemy nagrać też płytę. To dla mnie bardzo osobisty, intymny zestaw utworów.
Najbliższe miesiące to dla mnie trasa w samochodzie, którą też kocham. Będę miał dużo fizycznej pracy z czasem bardzo głośnym, a czasem bardzo cichym trąbieniem na tym saksofonie. Będąc instrumentalistą, cały czas ma się kontakt z ruchem, przepływem powietrza, z ludźmi, z odbiorem, z rozmowami. To męczące, ale piękne.
M.K.: - Analogowa praca z instrumentem, z ludźmi wygrywa zatem z pracą cyfrową, przy programie?
M.T.: - Nie umiem i prawdę powiedziawszy coraz trudniej wytrzymuję przed komputerem. Na stare lata ćwiczę coraz więcej na saksofonie i klarnecie basowym. Często zapisuję muzykę, oglądając film. Oglądam z instrumentem w ręku. Często nagrywam razem z oglądanym filmem. Mam otwarty ślad i mikrofony. Czasem to, co nagrałem w domu, zostaje do końca filmu.
M.K.: - Improwizacja?
M.T.: - Czym tak naprawdę jest improwizacja? To komponowanie muzyki na żywo, nic nowego. Mozart też to robił. Ludzie robią to od tysięcy lat, tak świadomie, od kiedy zapisano język muzyki. Bardzo dużo muzyków pisało muzykę tak, jak ją słyszeli. Ja ją gram od razu i czasem to zostaje, tak bywa. Tak wygląda komponowanie, to jest po prostu granie. Jak się to ciągle robi, to jest to proste.
Materiał powstał do Magazynu Filmowego „Cinerama” i został udostępniony za zgodą autora.
Zachęcamy również do obejrzenia wideo-relacji z 25-lecia współpracy twórczej Smarzowskiego i Trzaski na UG: https://www.youtube.com/watch?v=Y69vbsvHf1o