Zuzanna Minga, choć z UG związana jest od 18 lat, dopiero od kilku lat prowadzi zajęcia na Wydziale Zarządzania - i już odnosi sukcesy na tym polu. Z laureatką Nagrody im. Prof. Tadeusza Dmochowskiego w kategorii Nauczyciel Akademicki rozmawiamy o tym, jak wyglądała jej droga z dziekanatu do charyzmatycznej dydaktyczki, jakie metody stosuje w swojej pracy i jak udaje jej się nawiązać relacje z zetkami.
Urszula Abucewicz: - Zanim zaczęła Pani prowadzić zajęcia z marketingu na Wydziale Zarządzania, przez prawie 15 lat pracowała Pani w dziekanacie na tym wydziale.
Zuzanna Minga: - Tuż po ukończeniu politologii na Wydziale Nauk Społecznych zaczęłam pracę w dziekanacie na Wydziale Zarządzania. Początkowo, w 2009 roku, zajmowałam się bardzo szczególnymi sprawami, czyli pomocą socjalną studentom w trudnej sytuacji.
Potrafiłam z każdym z nich siedzieć, pomagać, dyktować i podpowiadać, jakie dokumenty ma złożyć i co ma zrobić, żeby dostać stypendium czy pomoc socjalną. A przecież bywały chwile, że nie wiedziałam, w co ręce włożyć, bo semestralnie trafiało do mnie nawet 1500 wniosków. Z każdym z nich wiązała się trudna historia tej osoby, niepewność, czasem nieumiejętność poproszenia o pomoc. Od tego byłam, żeby pomóc, wyjaśnić, wesprzeć. Ale też policzyć, sprawdzić, zobaczyć. To nie jest tak, że podchodziłam do tych wniosków sztampowo - jak leci. Pamiętam, że było mi wtedy ciężko. Obciążenie pracowników zajmujących się w tamtych latach sprawami socjalnymi studentów na wydziałach było niezwykle duże, powiedziałbym nawet - zbyt duże.
Dowiedziałam się w tym samym czasie, że przewlekle choruję na endometriozę. Mój stan zdrowia już wtedy bardzo się pogarszał i zwiastował pierwszy zabieg operacyjny. Nie poddałam się jednak i dziś wspieram kobiety z tą chorobą, współpracując z Fundacją Pokonać Endometriozę. Staram się pomagać, jak mogę, także moim studentkom, które chorują na tę chorobę.
- Wróćmy do Pani drogi na UG. Zajmowała się Pani nie tylko sprawami socjalnymi, prawda?
- Byłam angażowana w organizację Dni Otwartych oraz innych imprez, objęłam opiekę nad kołami naukowymi, współpracowałam z samorządem studenckim, z komisją socjalną. Byłam cały czas bardzo blisko studentów. Gdy przychodzili do dziekana, to ode mnie wiedzieli, czy ma dobry humor, czy lepiej przyjść kiedy indziej. Stanowiłam pomost pomiędzy nimi a moimi koleżankami z dziekanatu. Choć czasem stąpałam po cienkiej linii i byłam dla nich nawet wtedy, kiedy dziekanat był zamknięty.
Bacznie obserwował mnie wtedy dziekan prof. Jerzy Bieliński, który powtarzał: „Pani Zuzanno, Pani się marnuje na tym stanowisku”, dostrzegał u mnie kreatywność i zmysł organizacyjny i namawiał, żebym podjęła drugie studia magisterskie na Wydziale Zarządzania. I w końcu dałam się przekonać. Tutaj na zarządzaniu zrobiłam drugie studia magisterskie, pracę magisterską obroniłam dziesięć lat temu, a moją wielką pasją stał się marketing. Najpierw zaczęłam wdrażać różne rozwiązania marketingowe na naszym wydziale, których do tej pory nie było. Założyłam i rozwijałam wydziałowego Facebooka, metodą prób i błędów uczyłam się tworzenia odpowiedniego contentu w oparciu o specyficzne grupy docelowe.
- Cały czas prowadziła Pani jeszcze sprawy socjalne?
- Zakres moich obowiązków z biegiem czasu ewoluował. Dodatkowo prowadziłam sprawy studentów zagranicznych z Erasmusa. Biegle mówię po angielsku, więc świetnie odnajdywałam się w środowisku międzykulturowym. Udało mi się też nawiązać wiele kontaktów z wykładowcami zagranicznymi.
- I zmieniła się władza na wydziale.
- Dziekan Bieliński przeszedł na emeryturę. Wydziałem zaczął kierować prof. Mirosław Szreder, który, budując swój nowy gabinet, zaproponował mi rolę swojej asystentki. Do moich obowiązków należała nadal promocja wydziału, ale też przypadły mi kwestie mniej przeze mnie lubiane i monotonne, jak choćby rozliczanie faktur i sprawy administracyjno-finansowe wydziału. Dawałam radę, ogarniałam te wszystkie sprawy, ale bardzo mocno spalałam się na zadaniach administracyjnych.
Jako asystentka zespołu dziekańskiego od podszewki poznałam cały wydział: od pań z obsługi budynku przez polskich i zagranicznych studentów na prodziekanach i dziekanach skończywszy. Jednak najwięcej satysfakcji przynosiły mi działania dotyczące promocji wydziału, public relations i budowania wizerunku wydziału.
Jestem chyba takim człowiekiem-orkiestrą.
- Z tego, co Pani opowiada, Pani obowiązkami można by obdzielić dwie osoby. Jak radziła sobie Pani z ich nadmiarem?
- Mam zdiagnozowane ADHD. Dziś już o tym wiem, ale wtedy nie miałam o tym bladego pojęcia. Być może to stanowiło jakiś mój nietypowy zmysł kreatywny w realizowaniu tych zadań.
- Powiedziała Pani w końcu dość i złożyła wypowiedzenie? Już nie pracuje Pani w dziekanacie, a prowadzi zajęcia ze studentami.
- Byłam naprawdę zajętą osobą, wciąż się doszkalałam z digital marketingu, byłam w swoim żywiole, ale tym razem od prof. Szredera słyszałam: „Pani Zuzanno, Pani się tu marnuje”. Po czym dodawał: „Nie chce Pani zrobić doktoratu?”. „Ma Pani świetny kontakt ze studentami” i zaproponował prowadzenie zajęć z marketingu na próbę, żebym mogła „połączyć teorię z praktyką” i sprawdzić, czy to może być moja nowa droga zawodowa. W końcu go posłuchałam i postanowiłam rozpocząć pracę nad doktoratem. Pod kierunkiem dr hab. Anny Dziadkiewicz, prof. UG pracuję nad dysertacją o zachowaniach konsumenckich seniorów.
Jeśli natomiast chodzi o kontakty ze studentami, to rzeczywiście miałam z nimi zawsze dobre relacje. Gdy zaczęłam pracę na wydziale, to byli wówczas milenialsi, niewiele młodsi ode mnie, więc w naturalny sposób łapaliśmy dobry kontakt.
- Od 3,5 roku jest Pani wykładowczynią i ma kontakt z zetkami. Czytałam, że 40 proc. studentów z tego pokolenia rezygnuje ze studiów po pierwszym roku, a Panią to właśnie młodzi ludzie z tego pokolenia wskazali jako najlepszego Nauczyciela Akademickiego. Mówi się, że są roszczeniowi. Zgadza się Pani z tą opinią?
- Zetki mnie fascynują. Ciągle się ich uczę. Oni nie są roszczeniowi. Potrafią po prostu stawiać granice, podczas gdy moje pokolenie Y tego nie potrafiło. My zamiast mądrej, mamy etos ciężkiej pracy, której podporządkowujemy często życie prywatne. Żyjemy w modelu, w którym work-life balance jest całkowicie zatarty. Niejednokrotnie doświadczyłam tego ja, ale również moi starsi koledzy z pokolenia X. Gdy tymczasem zetki bardzo pilnują swojej przestrzeni i swojego czasu wolnego. Nie mają oporów, żeby zapytać: „Co będę z tego miał?”, „Jaki będę miał zawód?”. „Jakich umiejętności praktycznych pani mnie nauczy?”. Dzisiaj nauka nie polega na wkuwaniu definicji z książek i odpytywaniu studentów z pamięci. Zetki przychodzą na studia, bo chcą się czegoś nauczyć, i trzeba umieć do nich dotrzeć. To jest zupełnie inne pokolenie, które dorastało już w dobie świata cyfrowego.
Na swoje pierwsze zajęcia przyszłam z przeświadczeniem, że przecież też tu studiowałam i chcę uczyć tak, żeby studenci mogli skorzystać z tego, co potrafię i czego nauczyłam się w praktyce. Chciałam pokazać im, że teoria, którą poznajemy z książek, jest wykorzystywana przez nas praktyków, i podać im to w taki sposób, który do nich dotrze.
- A oni są specyficzni.
- Nie lubią tradycyjnych metod uczenia. Bardzo szybko nudzą się na wykładach, mają krótszy czas skupienia.
Na początku miałam lekki kryzys, nie wiedziałam, jak do nich dotrzeć i jak zachęcić ich do aktywnego uczestnictwa w zajęciach. Siedzieli w telefonach, oglądali filmiki. Zastanawiałam się, co tu zrobić. Zaczęłam więc na początku metodą prób i błędów wprowadzać bardziej angażujące metody.
Na zajęciach z marketingu w sporcie wprowadziłam zadania na rywalizację. Przed studentami postawiłam zadanie, żeby wymyślali produkty, które wprowadzą na rynek sportowy, i przedstawili je w taki sposób, żeby reszta zespołu, czyli inwestorzy, chcieli w nie zainwestować. Kupiłam ich tymi zajęciami. To był strzał w dziesiątkę, bo pod koniec semestru pytali się, czy znowu będą mieli ze mną ćwiczenia, więc chyba mój pomysł zadziałał.
Z biegiem czasu zaczęłam włączać coraz więcej elementów grywalizacji i kolejne zaskakujące studentów elementy, dzięki którym ich zaangażowanie znacznie wzrosło, tak jak i poczucie, że bardzo dużo się uczą.
- Skąd czerpała Pani inspiracje?
- Sięgałam do doświadczeń innych dydaktyków, uczestniczyłam w wielu konferencjach, najpierw jako słuchaczka, a później już jako prelegentka, razem z moją koleżanką z Katedry Marketingu, mgr Anną Młynkowiak-Stawarz przedstawiłyśmy na konferencji Viva Dydaktyka w wystąpieniu posterowym naszą grę Marketing Land, którą prowadzimy na przedmiocie Podstawy Marketingu ze studentami I roku.
Pamiętam ze swoich studiów, że ten przedmiot był trochę nudny. A może by tak stworzyć grę? Pomyślałyśmy. Jak pomyślałyśmy, tak zrobiłyśmy.
- Na czym polega ta gra?
- Studenci „zakładają” własną agencję marketingową i rywalizują ze sobą na rynku, realizując kolejne misje, czyli obszary tematyczne zawarte w karcie przedmiotu. Prowadzący zajęcia - jako niewidzialna ręka rynku - ocenia je, przyznając określoną liczbę punktów za wykonaną misję.
To jest bardzo zdrowa rywalizacja, ponieważ w tej grze wcale nie chodzi o to, żeby ktoś był gorszy czy lepszy, tylko o to, żeby zaprezentować i zrealizować swoje pomysły, w międzyczasie cały czas się ucząc i w praktyce wykonując wszystkie analizy oraz punkty zawarte w Syllabusie, nawet do końca o tym nie wiedząc.
- Słyszałam, że „pracuje” Pani na żywych przedsiębiorstwach.
- Na zajęciach z marketingu wartości i doświadczeń analizujemy ofertę restauracji i hoteli istniejących w Trójmieście. Studenci, bazując na ocenach tych obiektów m.in. na Google Maps czy portalach takich jak Booking, wybierają te z bardzo niskimi ocenami i dokonują analizy błędów tych przedsiębiorstw. Następnie, używając narzędzi metody design thinking, budują dla nich nową strategię, począwszy od biznesplanu, skończywszy na projektowaniu usługi i nowej propozycji wartości. Mają naprawdę niezwykłe pomysły nie tylko na zmianę strategii marketingowej, ale również zarządzania tą firmą pod różnymi aspektami. Punktem wyjścia są oczywiście opinie użytkowników, czyli umiejętność zarządzania i wykorzystania feedbacku, a kolejnym krokiem jest wizyta w tym miejscu i sprawdzenie na własnej skórze, czy te negatywne komentarze mają realne odzwierciedlenie i co stanowi problem w funkcjonowaniu takiego obiektu w obszarach zarządzania.
Na naszych zajęciach powstają naprawdę świetne merytorycznie projekty. Zawsze się śmieję, że powinniśmy je monetyzować, ale nie doszliśmy jeszcze do tego etapu.
Co ciekawe - właściciele takich miejsc często kompletnie nie uznają potrzeby wprowadzania jakichkolwiek zmian. Lokal ma na mapach Google ocenę 2,5? Przecież gotujemy bardzo dobrze i mamy świetną obsługę. Najwyraźniej oczernia nas konkurencja. I wtedy po analizach moich studentów okazuje się, że problemy tkwią znacznie głębiej, a następnie udaje się zupełnie „przeprojektować” działalność takiego obiektu, budując strategię w oparciu o narzędzia marketingu wartości i doświadczeń. Niestety, póki co tylko w teorii, na potrzeby naszych ćwiczeń.
- Jakie jeszcze ciekawe metody dydaktyczne Pani stosuje?
- Na konferencji Ideatorium organizowanej co roku przez Politechnikę Gdańską, na której jestem stałą bywalczynią, poznałam metodę zajęć odwróconych. Stosujemy ją na przedmiocie zachowania konsumentów, razem z mgr Anną Młynkowiak-Stawarz.
Studenci wybierają interesujące ich obszary z całej gamy tematów przygotowanych przez nas tematów w oparciu o kartę przedmiotu i ich zadaniem jest poprowadzenie zajęć, czyli przygotowanie atrakcyjnego wykładu, który zaciekawi ich kolegów oraz zadań, quizów lub pytań do dyskusji. Każdy element zajęć jest oceniany: przede wszystkim poziom merytoryczny, przygotowanie wizualne prezentacji, czas prezentacji, sposób zaangażowania grupy i umiejętność odpowiedzi na pytania, a dodam tylko, że grupa strzela pytaniami.
Zawsze im mówię, że nie będę zadawać kłopotliwych pytań i będę robiła wszystko, żeby ich wesprzeć, a gdy zaczną tonąć, to się włączę, ale absolutnie nie będę rzucała im kłód pod nogi. Słysząc ode mnie takie słowa, czują się ośmieleni i prezentują przepiękne, świetne i merytoryczne prace.
Studenci mają też dużo frajdy, odwiedzając różnego rodzaju firmy z branży marketingu. Wspólnie z moimi koleżankami: mgr Agnieszką Macioszek i dr Liwią Delińską, też z naszej katedry, uznałyśmy, że nie będzie dobrych zajęć, jeżeli nie pokażemy studentom tego, jak wygląda ten świat marketingowy realnie. Gdy prowadzimy zajęcia z marketingu w sporcie, to organizujemy wizyty studyjne w obiektach sportowych. Odwiedziliśmy już Ergo Arenę, spotkaliśmy się z panią prezes Magdaleną Sekułą, która opowiedziała nam o organizacji eventów od strony marketingowej i zarządczej. Studenci byli ciekawi, jak zorganizować ogromny koncert na kilkadziesiąt tysięcy osób. Jak zapewnić bezpieczeństwo podczas masowej imprezy? Jak zarządzać takim wielkim obiektem sportowym? W jaki sposób ustalane są ceny biletów? Jak się obsługuje gwiazdy i gwiazdy sportowe? I jak wygląda współpraca z drużynami sportowymi?
Byliśmy też na Polsat Plus Arenie w Gdańsku, w Gdyni Arenie. Uczestniczyliśmy w konferencji prasowej Arki Gdynia. Staramy się robić wszystko, co w naszej mocy, żeby studenci mogli zobaczyć, jak obszary marketingowe w sporcie wyglądają na żywo.
Wraz ze studentami ścieżki specjalnościowej z marketingu, odwiedziliśmy też jedną z największych i najważniejszych agencji reklamowych na Pomorzu, agencję Beeffective. Traf chciał, że akurat w tym momencie otwierali płatne staże na wakacje. Nasze studentki skorzystały z okazji, dostały się na nie, a dzisiaj pracują w tej agencji jako specjalistki ds. marketingu. Jesteśmy dumne, że im się udało.
- Wraz z dr Liwią Delińską przeprowadziła Pani badanie na temat korzystania z ChataGPT przez studentów Wydziału Zarządzania.
- Byłyśmy ciekawe, czy w ich ocenie ChatGPT może zmniejszać ich kreatywność i jak studenci zarządzania posługują się nim do celów związanych ze studiowaniem. Przedstawiłyśmy wyniki tych badań dwa lata temu podczas konferencji Ideatorium na Politechnice Gdańskiej w formie video-posteru.
Studenci biorący udział w badaniu wyrażali obawy, że korzystanie z chata może negatywnie wpłynąć na ich kreatywność. Podkreślali, że chcieliby umieć wykorzystywać to narzędzie w nauce i wyrażali oczekiwania, żeby uczelnia była miejscem, które ich tego będzie uczyć.
Jako marketer z narzędziami AI pracuję codziennie. To są narzędzia mojej pracy biznesowej i dobrze znam ich możliwości, cały czas podnosząc swoje kwalifikacje w tym zakresie. Zainspirowana działalnością Centrum Innowacyjnej Dydaktyki na Politechnice Gdańskiej kierowanym przez Joannę Mytnik - postanowiłam podobnie jak w CID pokazywać na swoich zajęciach studentom, jak z AI zrobić narzędzie swojej pracy, a nie coś, co będzie myślało za ciebie.
- Jak wykorzystuje Pani AI w swojej pracy?
- Jak już powiedziałam, mam zdiagnozowane ADHD, więc w mojej głowie potrafi pojawić się tysiąc pomysłów na minutę, do tego dochodzi bardzo dużo spotkań i różnych projektów, w które jestem zaangażowana. Używam go jako narzędzia do porządkowania tych pomysłów, budowania list do zrobienia. Posługuję się nim w budowaniu contentu, kampanii reklamowych dla moich klientów, kreowania podstaw do różnych tekstów i scenariuszy. Często także rozbudowuję tam nowe pomysły na zadania dla studentów na moje zajęcia.
Zawsze tłumaczę studentom: „Pamiętajcie! Chat pisze sztampowo. Jeżeli jako marketerzy będziecie przeklejali z niego teksty, to będziecie tacy sami jak wszyscy inni. A przecież Wy macie tworzyć teksty i działania, które powodują wzrost sprzedaży i które budują długotrwałe relacje z klientami - musicie więc być unikalni, a chat tego za Was nie zrobi. Może za to dać podpowiedzi i wygenerować 20 pomysłów na nowe posty i działania z danej branży”. Mówię: „Sprawdźcie, żeby coś Wam podpowiedział, a dalej pomyślcie i rozwińcie sami. Możecie też napisać tekst, wrzucić do chata, a on na przykład sprawdzi go stylistycznie czy wskaże nieścisłości. On od tego jest”.
Podobnie uczę ich wyszukiwania różnych innych zagadnień i zwracam uwagę, że chat czasem halucynuje i podaje na przykład źródła danych, które nie istnieją. Oni o tym nie wiedzą. Dlatego postanowiłam, że będę ich uczyć korzystania z chata GPT, wyszukiwania i pisania poprawnych promptów, żeby umieli rozróżnić, kiedy chat mija się z prawdą i żeby było to dla nich przydatne narzędzie w pracy marketera a nie coś, co zastępuje ich pracę i myślenie.
Zamiast więc demonizować i zakazywać korzystania z chata GPT, proponuję inne podejście. Edukację i świadome z niego korzystanie.
Nie chodzi o pracowanie ciężkie, a mądre. I o to, aby zamiast kopiować treści, czerpać z tego narzędzia inspirację.
- Chat GPT nie jest nieomylny. Czy nie sądzi Pani, że powinniśmy mieć do niego ograniczone zaufanie?
- Zawsze to powtarzam moim studentom i ostrzegam ich przed używaniem chata do pisania prac zaliczeniowych czy dyplomowych. Sama na początku próbowałam sprawdzić to narzędzie do celów naukowych i prosiłam AI o to, żeby po słowach kluczowych wyszukał z bazy listę artykułów naukowych, które dotyczą zachowań konsumenckich. Tylko że ja usiądę i będę pozycja po pozycji sprawdzała, czy one rzeczywiście istnieją, bo trzeba pamiętać, że on jest całkiem dobry do korekty czy redagowania tekstów, do szybkiego wyszukiwania, ale nie za bardzo do pracy naukowej. I kiedy im opowiadam, jak chat potrafi wymyślać autorów, podaje tytuły książek i wydawnictwa, które mogą nie istnieć, to oni robią wielkie oczy i dziękują mi, że ktoś im o tym powiedział, bo wcześniej nikt z nimi na ten temat nie rozmawiał.
Bez edukacji o tym, jak wykorzystywać najnowsze narzędzia cyfrowe w codziennej pracy, wszyscy będziemy popełniali błędy.
Bardzo często studenci z marketingu mnie pytają: „Czy chat GPT nie zabierze nam pracy?”. Odpowiadam wtedy, że chat ma stanowić tylko narzędzie, ale jeżeli chcecie tworzyć marketingowe treści dla biznesu, to musicie być jacyś, a tylko człowiek może być jakiś i zbudować tak zwany tone of voice marki, która będzie miała swój przekaz. Gdy popatrzymy na przykład na social media dużych firm, jak Ikea czy InPost, to zobaczymy, że za tym stoi człowiek. Posty są żartobliwe. W odpowiedziach na komentarze pojawiają się riposty. Pokazuję im je i powtarzam: zobaczcie, to praca człowieka. Być może rzeczywiście pomysły na posty są generowane przez AI, ale widać, że za językiem w postach i za tworzeniem relacji z odbiorcami stoi człowiek. A poza tym chat GPT nie pojedzie nie spotkanie, nie zorganizuje eventu, nie nakręci materiału wideo, nie zrobi zdjęć, nie zbuduje relacji z klientem i nie nawiąże dłuższej współpracy.
- Mówi Pani o budowaniu relacji z drugim człowiekiem i najpewniej Pani się to udaje na co dzień, bo została Pani laureatką Nagrody im. Prof. Tadeusza Dmochowskiego w kategorii Nauczyciel Akademicki.
- Ta nagroda ma dla mnie podwójne znaczenie. Po pierwsze - co najważniejsze - nominowali mnie do niej studenci, a po drugie - jej patronem jest wykładowca, z którym przez pięć lat na politologii miałam zajęcia. Ponad dwadzieścia lat temu nie wiedziałam jeszcze, że będę wykładowcą, ale na pewno to prof. Dmochowski był dla mnie wzorem superdydaktyka, który umie sobie zjednać studentów.
Gdy odbierałam nagrodę, czułam też podwójne wzruszenie. Z jednej strony, że nagroda jest jego imienia, a po drugie… że docenili mnie moi studenci. Żartowałam, że „jak ktoś jest niedobry, to pisze się na niego skargę, ale jak ktoś się stara, to jego praca nie zostaje zauważona”. Najwyraźniej moi studenci wzięli sobie to do serca, bo gdy odbierałam tę nagrodę, podbiegli do mnie ci obecni na gali, którzy odbierali dyplomy Santandera, i serdecznie gratulowali, ściskali. To było cudownie przyjemne, kiedy zaczęły do mnie spływać gratulacje nawet od naszych absolwentów, a gdy usłyszałam, że to „najwłaściwsza nagroda dla najwłaściwszej wykładowczyni” - poczułam, że to ukoronowanie mojej pracy. Jest to dla mnie ogromne wzruszenie i motywacja do dalszej pracy.
Ja po prostu bardzo lubię studentów i dla nich jestem, a oni wiedzą, że mogą do mnie przyjść ze wszystkim. Pomagam im, kiedy tylko mogę. Moja studentka z Koła Naukowego MarkeTeam, którego jestem opiekunką, miała swoją pierwszą ważniejszą rozmowę o pracę i przygotowywała pierwsze poważne CV. Pamiętam, że akurat wędrowałam razem z mężem po górach w Kotlinie Kłodzkiej i nagle dostaję sms-a: „Wiem, że Pani ma urlop, ale mam jutro rozmowę o pracę. Czy może Pani rzucić okiem na moje CV?”. Zrzucam więc plecak, siadam pod drzewem, otwieram CV i wysyłam jej poprawki. „Wprowadź je i wyślij mi plik jeszcze raz. Gdy wieczorem zejdę z gór, jeszcze sprawdzę”.
Nasza „marketeamowa” grupa na Messengerze wciąż wrze i się gotuje, bo przecież trzeba omówić nowe trendy marketingowe albo dać znać o ogłoszeniu o stażu lub ciekawej ofercie pracy. Jestem z nimi w stałym kontakcie.
- Nie ma Pani potrzeby postawienia granicy pomiędzy pracą a czasem wolnym?
- Kiedy praca staje się pasją, to jest trochę inaczej. Uwielbiam pracę ze studentami i nie wyobrażam sobie pracy bez nich. A dodatkowo, bardzo lubię swoją branżę, w której jestem nie tylko pracownikiem naukowo-dydaktycznym, ale też praktykiem, który na co dzień pracuje w biznesie marketingowym. Potrafię się wyłączyć, poświęcić czas dla siebie i swoich innych pasji.
- Spełnia się Pani w tym, co robi.
- Marketing okazał się moją drogą. A dydaktyka i praca ze studentami, jeżeli chodzi o pracę na uniwersytecie, jest najważniejsza. I tak już chyba zostanie. Dzięki praktyce marketingowej mogę studentom przemycać na zajęcia realne doświadczenia z biznesu.
- Nawet osoba z ADHD potrzebuje odpoczynku i wytchnienia. W jaki sposób się Pani regeneruje i ładuje baterie?
- Gdy potrzebuję chwili dla siebie, zamykam się w ciszy, a najczęściej w ciszy natury. Mieszkam bardzo blisko lasu, więc właśnie tam ładuję baterie. Mogę godzinami patrzeć na łąkę i obserwować żurawie, które mieszkają obok mnie. Jestem miłośniczką zwierząt. Mam psa i kota, a także dwa dochodzące koty podwórkowe. Fascynuję się ptakami. Uwielbiam obserwować sikorki, wróbelki, sroki i kosy, które zbierają się w moim karmniku. Mogę tak godzinami się na nie patrzeć. Bardzo mnie to uspokaja.