Od doboru literatury, przez opracowywanie strategii metodologicznej, po analizę wyników: uwzględnianie płci w badaniach nie ogranicza się wyłącznie do ujmowania jej w kategorii zmiennej demograficznej. Dr hab. Magdalena Żadkowska, prof. UG, laureatka 4. edycji Nagrody Specjalnej Rektora „Włączam płeć do badań” za najwyżej ocenione osiągnięcia habilitacyjne, przekonuje, że aspekt płci jest kluczowy od najwcześniejszych etapów badania - i nie dotyczy jedynie badanych osób. W pracy habilitacyjnej przedstawia badania dotyczące funkcjonowania par w obliczu „turbulencji” - wydarzeń niosących istotne zmiany w życiu pary (takich jak emigracja czy wyprowadzenie się dzieci z domu), wymagających reorganizacji dotychczas funkcjonującego układu.
W Międzynarodowy Dzień Kobiet i Dziewcząt w Nauce przedstawiamy badaczkę, która pokazuje, jak ważne dla jakości nauki jest inkluzywne podejście do jej uprawiania.
Karolina Żuk-Wieczorkiewicz: - Otrzymała Pani nagrodę „Włączam płeć do badań” za osiągnięcie habilitacyjne. Jak w praktyce wyglądało uwzględnienie perspektywy płci w Pani badaniach?
Dr hab. Magdalena Żadkowska, prof. UG: - Odpowiedź na to pytanie ujęłam w uzasadnieniu wniosku o nagrodę: „Perspektywa płci była konsekwentnie włączana do wszystkich badań składających się na moje osiągnięcia habilitacyjne: na poziomie doboru literatury, strategii metodologicznych, analizy i publikacji wyników. W badaniach dotyczących turbulencji w życiu par poszerzałam dominującą w literaturze perspektywę kobiet o doświadczenia ojców i partnerów. Podejście to zostało zreplikowane na przykład w badaniach realizowanych we Francji, umożliwiając porównania międzykulturowe. Kluczowym elementem praktyki badawczej było dbanie o zróżnicowanie płciowe zespołów badawczych oraz prowadzenie wywiadów z parami przez zespoły mieszane, a indywidualnych wywiadów zgodnie z płcią rozmówców, co sprzyjało otwartości narracji”.
Oraz dalej: „Włączenie perspektywy mężczyzn, partnerów i ojców pozwoliło zrównoważyć dominujące w socjologii życia rodzinnego narracje kobiet oraz ujawnić nowe, dotąd słabo rozpoznane praktyki rodzicielskie i postrodzicielskie. Zastosowanie teorii krytycznych studiów nad męskościami umożliwiło analizę renegocjacji męskiej tożsamości, relacji partnerskich oraz emocjonalnych konsekwencji zmiany. Pokazałam, że turbulencje w życiu pary są procesami silnie upłciowionymi i osadzonymi w strukturach nierówności oraz kulturowych oczekiwaniach wobec kobiet i mężczyzn”.
- Tematem Pani osiągnięcia habilitacyjnego było zatem przyglądanie się turbulencjom w życiu pary? W trzech pewnego rodzaju „punktach zapalnych”?
- Dokładnie. Tytuł tego osiągnięcia to „Życie codzienne par heteroseksualnych, rekonstrukcja ról i analiza praktyk na emigracji, w obliczu pracy zdalnej wykonywanej z domu i po wyprowadzce dorosłych dzieci”.
- Ciekawe w Pani pracy jest to, że tę perspektywę płci ujęła Pani nie tylko jako zmienną demograficzną, ale także w samym procesie badania, w wyborze osób do zbierania danych.
- W socjologii właściwie zawsze stosujemy to pytanie o płeć, czy w badaniach ilościowych, czy jakościowych. To, co zmieniło się ostatnio, to uwzględnienie takiej opcji do wyboru, która umożliwia pewne odejście od binarnego widzenia tożsamości płciowej. Nie można jednak mówić, że samo pytanie o płeć to nowość w badaniach społecznych. Natomiast na pewno były takie badania, które toczyły się w jednej grupie - na przykład tylko wśród kobiet albo tylko wśród mężczyzn - ponieważ zakładano powszechność jakiegoś zjawiska u danej płci. Były narzędzia badawcze, których twórcy - jeszcze na etapie konceptualizacji badania - mogli się sugerować tym, kogo badanie będzie dotyczyło.
- Jak uniknąć takich pułapek?
- W socjologii ważne jest przyjęcie perspektywy, którą promuje właśnie nagroda „Włączam płeć do badań” (i którą sami staramy się promować w naszych zespołach). Chodzi o zidentyfikowanie w pracy badacza czy badaczki momentów, w których pojawia się pokusa pójścia utartym szlakiem - na przykład myśląc o rodzicielstwie, badam macierzyństwo. Albo gdy planuję przeprowadzenie wywiadów, myślę, że jestem wystarczająca jako badaczka, że mogę te wszystkie badania sama przeprowadzić. Tymczasem w projektach, w których brałam udział, ilość zbieranego materiału czy ilość wywiadów do przeprowadzenia była zbyt duża jak na możliwości jednej osoby. Zdarza się bezrefleksyjne budowanie zespołów badawczych. Natomiast to, co udawało mi się zawsze robić, to integracja - najpierw mniej świadoma, a potem coraz bardziej uświadomiona - osób zróżnicowanych pod kątem rozmaitych aspektów.
- Na co przekłada się takie zróżnicowanie w zespołach? Dlaczego jest ważne w prowadzeniu badań?
- To zróżnicowanie przekłada się na jakość całego procesu: od etapu wytwarzania narzędzi, przez proces badań, po analizę i publikowanie. Istotne jest również to, żeby każdy przyglądał się sobie i swojemu „pozycjonowaniu” wobec badanej kwestii. W tematyce, którą się zajmuję (a jest nią codzienność życia rodzinnego i związanych z nim relacji), jest to o tyle łatwe, że każdego z nas owa tematyka w jakiś sposób dotyczy. Natomiast nasza relacja do badanego zagadnienia, pewne nasze właściwości, mogą mieć znaczenie dla przebiegu samego procesu badania - i projektując ten proces należy wziąć to pod uwagę.
- Czy mogłaby Pani podać przykład?
- W projekcie „I że Cię nie opuszczę aż do śmierci... Praktyki życia codziennego par w wieku 50-64 lata z przynajmniej 20-letnim stażem” przyglądaliśmy się turbulencji, takiemu wstrząsowi dla związku, jakim jest wyprowadzka wszystkich dorosłych dzieci z domu rodzinnego. W pierwszej fazie przeprowadzaliśmy badania w domach: odwiedzaliśmy parę rodziców w różnych miejscach w województwie pomorskim i województwie wielkopolskim, zarówno na terenach aglomeracji, jak i poza nimi. Od początku stosowaliśmy standardy badania relacji intymnej, wypracowane na podstawie wcześniejszych przedsięwzięć, na przykład badań życia w parach, które koordynowałam w latach 2016-2018. Już wtedy mieliśmy takie ustalenia, że jeżeli badacze badają parę heteroseksualną, to pojawiają się na badaniu także jako reprezentanci obydwu płci, aby żadna z płci nie uzyskiwała przewagi liczebnej w sytuacji badania. W wypadku Instytutu Socjologii na większość badań udawałam się wraz z prof. Radosławem Kossakowskim. Podczas badań zaś komunikowaliśmy to, że np. oboje moje dzieci są w fazie wyprowadzania się z domu, starszy syn Radka również, ale młodsze dzieci jeszcze z nim mieszkały. Profesor Kossakowski jako badacz dzielił z badanymi doświadczenie bycia rodzicem i bycia ojcem. I w tym czworokącie wywiadu taki układ osób pozwalał utrzymać równowagę.
- Równowagę?
- Chodzi o uniknięcie triady, w której osoba badająca mogłaby wejść w koalicję czy relację większościową z osobą badaną tej samej płci - na przykład koalicję dwóch kobiet, przy których badany mężczyzna mógłby się poczuć jak na przesłuchaniu. To właśnie próba starania się o równowagę.
Między badaczami też tworzy się jakiś dialog - oczywiście nie zawłaszczają oni „czasu antenowego”, ale też w pewien sposób oferują coś na wymianę. W tym kontekście pytania o doświadczenia wydawały się bardziej autentyczne i rzetelne, pokazywały, że zagadnienie nie interesuje mnie tylko jako naukowczyni, która jest kobietą i bada stereotypowo kobiece praktyki (bycie mamą), tylko że nas oboje interesuje ten proces. Mamy z jednej strony odmienne perspektywy, ale jest także coś, co nas łączy: doświadczenie bycia rodzicami.
- Rozumiem, że płeć badaczy nie jest jedynym czynnikiem różnicującym?
- Gdy w czasie pandemii przeszliśmy na wywiady indywidualne, to bardzo dużo pracowałyśmy w zespole pięciu kobiet. Ale z kolei wówczas bardzo różniłyśmy się wiekiem i doświadczeniem rodzicielstwa. Jedna z nas była w wieku dzieci wyprowadzających się z domu, inna miała bardzo małe dzieci, właściwie była tuż po wielkiej przemianie związanej z wchodzeniem w rodzicielstwo, jedna z nas miała córkę w dojrzewającym okresie, a dwie z nas miały dzieci wyprowadzające się czy po wyprowadzce z domu.
I tam pokusiłyśmy się o analizę, której efektem jest zresztą autoetnograficzny artykuł (który można przeczytać tutaj) dotyczący zagadnienia, jak to, kim jesteśmy, wpływa na to, co widzimy, co słyszymy, jakie zadajemy dodatkowe pytania, czy też czego nam w danym badaniu czy w wywiadach brakuje. Myślę, że chodzi nie tylko o płeć, ale raczej o takie zatrzymanie się i spojrzenie na siebie jako na osobę prowadzącą badania: o czym nie wiem, że przynoszę ze sobą? To zupełnie naturalne, ale ważne, by mieć tego świadomość. Dzięki temu możemy się otworzyć na coś nowego, mniej sztampowego. Oczywiście w badaniach pewna replikacja scenariusza jest bardzo ważna, ale do momentu, gdy otwieramy się także na nowe wnioski. To jest właśnie piękne w badaniach jakościowych: że nie stawiamy hipotez, tylko chcemy posłuchać, jak jest, zanim spróbujemy odpowiedzieć, „dlaczego”. Może się okazać, że pewnych rzeczy w ogóle nie przewidzieliśmy, a one się dzieją.
- Kilkakrotnie użyła Pani określenia „turbulencje”. Rozumiem, że chodzi o momenty kluczowe w życiu pary, które mogą powodować pewne trudności, duże zmiany. W Pani pracy habilitacyjnej pojawiają się takie zagadnienia jak moment wyprowadzenia się dzieci z domu, życie na emigracji czy doświadczenie pracy zdalnej. Czy któryś tych momentów oceniałaby Pani jako największe wyzwanie dla pary? I dlaczego „turbulencje”?
- Samo określenie zaczerpnęłam od badaczy amerykańskich, którzy opisali Model Turbulencji Relacyjnych (Solomon i Theiss 2008: A longitudinal test of the relational turbulence model of romantic relationship development). Przyglądają się oni sytuacjom trudnym dla związku, takim jak ciężka choroba czy powrót mężczyzny z misji wojennej - czyli takim zmianom, punktom krytycznym, po których para już nie jest taka sama. Moje badania dotyczyły także mniejszych zmian. Zapożyczyłam sobie słowo „turbulencje”, bo chodziło mi nawet o te lekkie wstrząsy, o coś, co ma zewnętrzne źródło, na co nie do końca mamy wpływ - a równocześnie bywa powszechnie doświadczane. Na przykład przygotowując pracę doktorską zajmowałam się reorganizacją podziału obowiązków domowych w trajektorii życia par, które ze sobą zamieszkiwały, i którym rodziły się dzieci. Potem dzięki grantowi z Narodowego Centrum Badań i Rozwoju w projekcie PAR Migration Navigator mogłam śledzić to, jak na relacje w parze wpływa doświadczenie migracji. Przyglądaliśmy się zarówno kobietom, jak i mężczyznom będących w związkach z ich indywidualnej perspektywy - ale sprawdzaliśmy również, na ile zmiana kontekstu kulturowego i dostępnych wzorów męskości i kobiecości wpływa na to, co dzieje się w domach. Turbulencją była migracja - i choć pary ją planowały, niektóre jej konsekwencje okazały się zupełnie nieplanowane.
- Na przykład?
- Na przykład to, że mężczyźni w Norwegii będą się częściej decydować na urlopy rodzicielskie niż robiliby to w Polsce - co pokazywała kontrolna grupa badana w województwie pomorskim. To zjawisko było wśród par w Norwegii powszechne, nie dotyczyło wyłącznie przedstawicieli zawodów wyżej wyspecjalizowanych. Przede wszystkim z takiego urlopu rodzicielskiego - także dla ojca - korzystały pary realizujące model dwóch karier, w którym obie prace i dochód z obu prac był dla pary ważny. Przy tym znaczna część badanych przyznała, że w Polsce by tego nie zrobiła ze względu na konsekwencje społeczne (brak akceptacji ze strony kolegów czy rodziny, uzasadniany najczęściej względami ekonomicznymi).
- Badała pani także sytuację pracy zdalnej…
- Zostałam zaproszona do projektu, który prowadził prof. Jacek Gądecki z Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie. Gdy wymyśliliśmy ten projekt (w 2013 roku), dopiero pojawiała się możliwość pracowania z domu i się wtedy nazywała „telepracą”. Chcieliśmy zobaczyć, jak taka praca realizowana w przestrzeni domu wpływa na związek - na przykład jak role domowe i obowiązki „chwytają” mocniej tych, co więcej czasu w tym domu spędzają, jakie są skutki dla relacji i życia codziennego badanych.
Trzecim projektem, który wchodził w skład osiągnięcia habilitacyjnego, był już wspomniany projekt „I że Cię nie opuszczę aż do śmierci...” zagospodarowujący „puste gniazda”, w dużej mierze niezbadany jeszcze obszar. Wprawdzie w modelu turbulencji relacyjnych D.H. Solomon, M.E. Nagy i J.A. Theiss przyglądali się temu, co zmienia się w relacjach rodziców po wyprowadzaniu się dorosłych dzieci z domu, ale posługiwali się kwestionariuszem ilościowym. W naszych badaniach używaliśmy narzędzi jakościowych, zwracając uwagę na to, czego brakuje. Chcieliśmy zdiagnozować przede wszystkim to, czy „puste” musi oznaczać „złe”, staraliśmy się zdekonstruować ten przymiotnik jako wartościujący i zobaczyć, na ile różne ambiwalencje (także emocjonalne) są związane z osiągnięciem takiego stadium, że para zostaje w domu bez dzieci - czasem po raz pierwszy w życiu. Szczególnie polskie pary, które pobierały się bardzo młodo i z domu rodzinnego do własnego przeprowadzały się z dzieckiem, często pierwszy raz miały szansę mieć własną sypialnię, własną przestrzeń, własny czas - i nie wszyscy małżonkowie byli na to gotowi.
- Zakładam, że doświadczanie pustego gniazda może być różne u różnych osób? Czy ma znaczenie np. płeć rodzica?
- Strategie działań kobiet w okresie postmacierzyństwa badała w naszym zespole dr Magdalena Herzberg-Kurasz. W naszym projekcie chcieliśmy zbadać dodatkowo (również w porównaniu francuskim) to, co dzieje się z ojcami, bo ta grupa dotychczas była w dużej mierze pomijana w badaniach socjologicznych i literaturze psychologicznej. Interesowało nas, jak ojcowie o różnych doświadczeniach ułożyli sobie relacje z dziećmi właśnie na ten czas pustych gniazd.
Warto tu dodać, że puste gniazdo nie jest dzisiaj stadium, w którym znajdą się wszystkie pary, bo po pierwsze: nie wszystkie pary mają dzieci, po drugie: nie wszystkie dzieci wyprowadzają się z domu, nie wszystkie też wyprowadzają się daleko. Obserwujemy takie zjawiska, jak „gniazdownictwo” czy nowe modele korezydencji z rodzicami. Należy również pamiętać, że para to nie jedyny możliwy układ rodzicielski. W projekcie zajmowaliśmy się też samodzielnymi rodzicami i tym, jak oni i one doświadczają pustego gniazda w takim właśnie układzie, że zostali w domu sami bądź same, bo dzieci wyprowadziły się z domu, z którego wcześniej zniknęło jedno z rodziców (statystycznie częściej jest to tata). Ale tu też bardzo ważne jest to, by zwracać uwagę na płeć; by nie zapominać o tym drugim rodzicu, próbować dotrzeć do jego historii, jego wersji wydarzeń i jego przeżyć emocjonalnych.
- Całkiem sporo tych turbulencji.
- Tak, jednak staram się je postrzegać jako szansę nie na „katastrofę lotniczą”, ale na możliwość zmiany. Na przykład bardzo trudno jest nam zmienić podział obowiązków domowych, choćby w kwestii gotowania, w tym samym układzie osób. Gdy jednak z czterech osób robią się dwie, a jeszcze pojawia się Thermomix, to dużo łatwiej oddelegować dane zadanie na osobę, która wcześniej go nie wykonywała. Niektórzy panowie w pustych gniazdach mówią o tym właśnie, że gotują zupy i robią z Thermomixem listę zakupów, a z kolei żony twierdzą, że nie umieją gotować na dwie osoby - co może być pewnym pretekstem do wypracowania nowego podziału obowiązków.
- Czyli zmiana otoczenia, kontekstu też może wpłynąć na to, jak się zachowujemy? Myślę tu m.in. o parach, które przeprowadziły się do Norwegii.
- Tak, dokładnie. Turbulencje mogą stworzyć szansę na nowy start. Postrzegam je jako trend czy zjawisko, które powtarza się wśród różnych par czy rodzin i jest momentem wyzwania dla istniejącego układu - przy czym nie chodzi mi o układ sił, ale raczej o pewne nawyki codzienności. Turbulencja często wymaga zmiany tych nawyków, wypracowania nowego układu w odpowiedzi na nowe warunki.
- W kontekście pary i życia rodzinnego: prowadziła Pani badania, które uwzględniały nie tylko ludzi…
- To temat, którym zajmowałyśmy się ostatnio z dr Magdaleną Gajewską, a teraz piszemy na ten temat książkę: o nowych praktykach związanych z obecnością psa w relacji rodzinnej. Interesuje nas relacja w parze, której towarzyszy pies, przy czym ten pies może się pojawić w różnych momentach. Np. w sytuacjach, gdy pies został u kogoś po poprzednim związku albo był towarzyszem singla czy singielki, jego obecność w pewnym stopniu determinuje to, kto pojawi się jako trzecia istota w tej relacji - bo, jak mówią badani, „taka osoba musi lubić psy”. Jeśli jest inaczej, może to powodować różne konsekwencje (tak dla samego psa jak dla tego układu).
- Co pokazują badania par z psami?
- Badałyśmy pary, które nie mają jeszcze dzieci. Posiadanie psa okazywało się pewnego rodzaju sprawdzianem dla związku (zamierzonym lub nie) w zakresie odpowiedzialności, dzielenia się obowiązkami, dbania o kogoś, komunikacji. Obecność czworonoga sprawiała, że para wchodziła w inny etap. Ta „turbulencja” często zmieniała podejście partnerów do wydawania pieniędzy, choćby na jedzenie. Zaczynało się na przykład od starań, by pies jadł zdrowo, potem osoby przyglądały się własnym dietom i zmieniały zwyczaje żywieniowe. Bez tego psa po prostu zmian by nie było.
Pies pokazuje także, jak mogą działać nowe układy życia rodzinnego, współcześnie bardzo obecne. Na przykład: co się dzieje, gdy para się rozstaje, a zostaje kwestia opieki nad zwierzęciem? Zdarza się, że wówczas jedna strona się wycofuje z opieki - ale także że opiekują się psem naprzemiennie. Jest istota, na której bardzo nam zależy, i nadal mamy wobec niej obowiązki.
- Dzielenie się obowiązkami opieki nad psem wygląda tak optymistycznie?
- Powstają tu nowe, różne strategie. To ciekawe, że czasem jest łatwiej o takie rozwiązania, także wychodzące poza schemat, gdy nie ma tak silnych wzorców kulturowych, jak to jest w przypadku ról rodzicielskich. Trudniej wypracować nowy system komunikacji, zamieszkania, negocjacji itp. w rodzinie patchworkowej, bo jest to obarczone skryptami ról płci. Z psem może jest łatwiej, możemy się skoncentrować na nim i jego potrzebach, być może mamy więcej odwagi, bo nie ma takiego lęku przed oceną.
- Jakie kolejne badania macie w planach?
- Niedawno złożyliśmy z całą dużą ekipą grant do Narodowego Centrum Nauki na badanie par po odejściu z rynku pracy. Ciekawi mnie sytuacja pary, gdy obie osoby są na emeryturze - i co robią z czasem wolnym. W badaniach pustych gniazd okazywało się, że dużo osób jest jeszcze mocno zaangażowanych w życie zawodowe, a w takim kontekście pustka nie jest tak silnie odczuwalna.
- Wspomniała Pani na początku rozmowy, że wiele turbulencji jest w jakiś sposób „upłciowionych”. Czy mogłaby Pani rozwinąć tę myśl?
- Z perspektywy prowadzenia badań, myślę, że nierówności związane z płcią czy pomijanie jednej z nich mogą się pojawić na różnych etapach. Już przygotowując narzędzia badawcze czy rekrutując badaczy i badaczki, możemy przyjąć, że np. rekrutujemy tylko rodziców albo tylko kobiety („bo one się na tym znają”). Dobrze więc, by nasze narzędzia były skonsultowane i przetestowane przed właściwym badaniami, bo może się okazać, że pomijana przez nas płeć będzie miała coś ważnego do wniesienia. Podobnie jest z przeglądem literatury - warto przyglądać się pytaniom, które zadajemy (czy szukając literatury o rodzicielstwie skupiamy się tylko na matkach, czy szukamy tez materiałów o ojcach?), sięgać po źródła międzynarodowe. Na przykład w naszych badaniach bardzo cenny okazał się przegląd literatury francuskiej (część zespołu była z ośrodka we Francji). Odkryliśmy ciekawe różnice w porównaniu z polskimi grupami: pary francuskie były nieco starsze, bo statystycznie później urodziły im się te dzieci, które w momencie badania wyprowadzały się z domu. Mieli zatem więcej czasu na bycie parą przed urodzeniem dzieci, na pewną samodzielność (szczególnie kobiety). W tym kontekście rodzicielstwo, macierzyństwo, mogło się wiązać z większą rezygnacją z tej samodzielności i wolności w porównaniu z tymi parami z Polski, u których dzieci pojawiały się szybciej.
Podczas stawiania pytań i hipotez badawczych warto zatem starać się spojrzeć na problem z różnych perspektyw, zrobić coś nowego. Zróżnicowanie wieku respondentów czy respondentek to już w zasadzie standard. Dobór ram teoretycznych także może być wyzwaniem - na przykład w Polsce więcej napisano o skryptach macierzyństwa, a ojcostwo dzisiaj trudno rozważać inaczej niż sięgając po krytyczne studia nad męskościami (czyli koncepcję caring masculinity, męskości opiekuńczej, męskości protekcyjnej i męskości hegemonicznej).
- Co daje takie podejście do badań - i co jeszcze warto zrobić?
- Myślę, że takie inkluzywne podejście, dążenie do tego, by zrobić coś nowego również pod kątem płci (co mocno rekomenduję), daje nam szerokie możliwości rozwoju: szansę nawiązywania nowych kontaktów naukowych, znajdowania nowych czytelników i czytelniczek, trafiania na kursy teoretyczne czy praktyczne, o których moglibyśmy wcześniej nie pomyśleć.
Warto by też zadbać - jeśli mówimy o inkluzywnej nauce - o nowe grupy docelowe, nowych odbiorców/odbiorczynie, wśród których byliby nie tylko uczestnicy konferencji naukowych. Staram się docierać do odbiorców/odbiorczyń poprzez różne media, w ten sposób zapoznawać ich z rezultatami naszych badań (bo te ich także dotyczą). Do podobnych działań zachęcam kolegów, by jako mężczyźni docierali do innych mężczyzn, którzy także mierzą się z różnymi turbulencjami. Warto, by takie osoby wiedziały, co przyniosły im badania naukowe finansowane z ich podatków.
- Ostatnie pytanie: jak przyjęła Pani informację o nagrodzie w konkursie Włączam płeć do badań?
- Bardzo się cieszę z tej nagrody. Cieszę się, że to, co i w jaki sposób się robiłam, zostało docenione. To daje potwierdzenie, że nasz sposób działania, standardy, jakie przyjęliśmy, są właściwe. Staram się wychodzić poza ramy, stosować różne narzędzia (np. dodatkowe pytania i narzędzia badawcze), a to pozwala otworzyć się na nowość, innowacje, co w nauce bardzo ważne - oraz być bardziej odpowiedzialnymi społecznie, uprawiać bardziej odpowiedzialną naukę. Tak więc zachęcam do takiej perspektywy.
- Pozostaje mi pogratulować sukcesów i życzyć dalszych owocnych badań. Dziękuje za rozmowę!